Rozdział 3
Karolina
Na szybie mojego zakładu ktoś napisał czerwoną szminką: SZMATA.
Był poniedziałek, wpół do ósmej rano. Przeszłam z fotelikiem przez ulicę, od Adama do siebie, i stanęłam przed tym napisem.
Litery miały pół metra. Ludzie z przystanku obok gapili się to na szybę, to na mnie.
Ze wstydu naciągnęłam synowi kocyk na fotelik, jakby umiał czytać. Najchętniej wybiłabym tę szybę kopniakiem. Ale to była moja szyba.
Kto to napisał, nie wiedziałam. Ale wiedziałam, komu to pasuje.
Dawid czekał już pod drzwiami z kluczami. Przeczytał napis od lewej do prawej.
— Przynajmniej bez błędu.
Poszedł na zaplecze po płyn do szyb.
— Zostaw.
Wyjęłam z torebki swoją szminkę. Też czerwoną.
Pod spodem dopisałam dużymi literami: STRZYŻENIE 60 ZŁ.
Dwie panie z przystanku parsknęły śmiechem. Jedna weszła za mną do środka i zapisała się na czwartek.
Filmik z chrzcin wrzuciła na Facebooka siostra teściowej. Ten, na którym rozbieram teściowej koka. Do rana miał kilkanaście tysięcy wyświetleń.
Najwięcej polubień zebrał komentarz: „Koka zdjęła, to i majtki zdejmie”.
Do dziewiątej cztery klientki z sześciu odwołały wizyty.
Staś spał w foteliku na zapleczu, przy kaloryferze. Dawid zajrzał do niego.
— Popilnuję. Mam wprawę. Mój chłopak też płacze po nocach.
Kotarę zostawiłam odsuniętą. Od umywalki widziałam fotelik Stasia.
O dziewiątej rano przyszedł Adam.
— Jak zwykle — powiedział.
Jakby w nocy nie nosił mojego syna na ręku. Jakby nie widział mnie w swojej koszulce, z mokrymi plamami na cyckach.
Powiesił marynarkę na wieszaku i usiadł w fotelu.
— Dziękuję za noc — powiedziałam.
Za kotarą Dawid przestał nucić.
— Za Stasia — dodałam szybko. Za późno.
— Spał potem? — zapytał Adam.
— Do szóstej rano.
Kiwnął głową, jakby to była najważniejsza wiadomość dnia.
Adam przesiadł się do umywalki i położył głowę na jej brzegu.
Sprawdziłam wodę na nadgarstku. Jak przy kąpieli Stasia.
Polałam mu włosy od czoła do karku.
Przeszłam palcami po wirze.
Kciukiem trafiłam na bliznę za prawym uchem.
Szampon wcierałam wolniej niż komukolwiek.
Potem kark. Masowałam go dłużej, niż jest w cenniku.
Adam wypuścił powietrze i zamknął oczy.
Potem je otworzył. Patrzył na mnie od dołu, długo i bez słowa.
Chciałam go. Tu, przy umywalce, z Dawidem za kotarą i synem w foteliku dwa metry dalej.
— Dwa lata co trzy tygodnie — powiedział Dawid zza kotary. — Facetom tak szybko nie rośnie.
Adamowi poczerwieniały uszy. Nie zaprzeczył.
Poderwał głowę znad umywalki i sam sięgnął po ręcznik. Woda kapała mu za kołnierz.
Dopiero teraz to policzyłam. Trzydzieści pięć strzyżeń. Na włosach, które spokojnie wytrzymałyby dwa miesiące.
Adam na strzyżenie już nie usiadł.
Przy kasie odliczył na ladę sześćdziesiąt złotych. Tyle, ile na szybie. Za samo mycie.
— Kiedy pogadamy o mojej sprawie? — zapytałam.
— Po południu. Do południa mam klienta.
— Ważniejszego ode mnie?
— Nie.
Nic więcej nie powiedział i wyszedł. Patrzyłam przez szybę, jak przechodzi przez ulicę. Ani razu się nie obejrzał.
Nie rozumiałam. Skoro nie ważniejszego, to czemu nie teraz?
O dziesiątej rano zadzwonił dzwonek nad drzwiami. Wszedł Łukasz.
Z mamą.
Łukasz miał na sobie koszulę z chrzcin, świeżo wyprasowaną. Przez osiem lat to ja mu prasowałam. Wystarczyła jedna noc u mamy.
„Tylko nie mów mamie”. Mama stała obok niego w płaszczu, z torebką pod pachą.
— Ostrzyż go — powiedziała teściowa. — Idziemy do adwokata. Ma wyglądać jak ojciec.
— Jak który? — zapytałam.
Bo Łukasz miał dwóch do wyboru. Zbyszka z papierów i Heńka z rudym karkiem.
Teściowa otworzyła usta i nic z nich nie wyszło. Wczoraj krzyczała na całą salę. Dziś, przy synu, zabrakło jej jednego słowa.
— Jak to który, mamo? — zapytał Łukasz.
Teściowa przycisnęła torebkę do brzucha. Synowi nie odpowiedziała.
Było mi tak dobrze, że prawie się zaśmiałam. Po minie teściowej widziałam, że zrozumiała. Nie wiedziała tylko, ile wiem i co z tym zrobię.
— Siadaj — powiedziałam do Łukasza.
Zgodziłam się od razu. Teściowa sama posadziła mi męża pod nożyczki.
— Sześćdziesiąt złotych — dodałam. — Cennik wisi na szybie.
Teściowa rzuciła na ladę stówę.
— Reszty nie trzeba.
Łukasz usiadł. Na zaplecze nawet nie zerknął. Niby przyszedł zobaczyć syna.
Za to teściowa poszła prosto na zaplecze. W lustrze widziałam, jak przypina Stasiowi agrafką medalik z chrztu. Ten sam, który wczoraj schowała do torebki.
Dawid stał obok z rękami skrzyżowanymi na piersi. Nie spuszczał z teściowej oka.
Wczoraj zabrała, bo nie wnuk. Dziś oddała, bo Łukasz idzie do sądu jako ojciec.
Teściowa wróciła z zaplecza, usiadła pod oknem i wyjęła telefon.
Nachyliłam się do ucha Łukasza.
— Do wieczora miałam zabrać rzeczy, tak?
— Mama mówiła, że i tak nie zdążysz.
Powiedział to tak, jakby mówił o wymianie opon.
— A ciotce po co kazałeś nagrywać?
— Żeby była pamiątka.
— Wózek zostaje u mamy — powiedział Łukasz. — Ja płaciłem.
Syna nie widział od wczoraj. Ale o wózku pamiętał.
— Zrób test — powiedziałam.
— Nie muszę. Mama mówi, że w papierach i tak jest mój.
W papierach. Jak wózek.
Ze złości nożyczki chodziły mi szybciej niż kiedykolwiek. Szczęknęły mu przy samym uchu. Łukasz bał się ruszyć głową.
Mój mąż siwieje, odkąd go znam. Wczoraj w aucie zrozumiałam, po kim.
— Masz siwego — powiedziałam. — Stój.
Łukasz od razu pochylił głowę. Jak co niedzielę od ośmiu lat.
Wyrwałam mu pięć włosów naraz. Z cebulkami. Syknął.
Włożyłam je do woreczka na próbki farby, a woreczek do kieszeni fartucha.
Teściowa siedziała w telefonie. Niczego nie widziała.
Potem przyszła jej kolej. Usiadła w fotelu i ściągnęła gumkę z włosów. Po moich wsuwkach nie został ślad.
— Popraw mi koka — powiedziała teściowa. — Ty rozwaliłaś, to ty popraw.
— Kok trzeba zmoczyć, zanim się go poprawi — powiedziałam.
Psiknęłam jej prosto w twarz. Spryskiwacz był ustawiony na strumień. Przez przypadek.
Teściowa wrzasnęła. Tusz spłynął jej do brody.
— Trzeba było jeszcze lakierem — powiedział Dawid zza kotary.
Teściowa nie dała sobie poprawić koka. Stanęła w drzwiach. Z grzywki kapało jej na płaszcz.
— W tym tygodniu sąd odda małego Łukaszowi — powiedziała teściowa. — W sobotę Zbyszek ma sześćdziesiątkę. Ta sama sala. Łukasz przyjdzie z synem. Ty nie.
W drzwiach Łukasz obejrzał się na zaplecze. Na sekundę. Teściowa pociągnęła go za rękaw.
Wyszli.
Nie patrzyłam, dokąd idą. Najpierw odpięłam Stasiowi agrafkę, zanim się ukłuje. Medalik schowałam do kasy.
Potem patrzyłam na woreczek. Pięć siwych włosów z białymi cebulkami.
Szkoda mi było tylko Zbyszka. Jego jakoś przed sobotą przygotuję. Teściowej nie.
W sobotę ta sama sala pod zamkiem i te same trzydzieści osób. Tym razem kopertę na torcie położę ja.
Rozdziały
Rozdziały 1–4 za darmo. Kolejne: 20 monet za rozdział.
