Rozdział 2
Karolina
Na telefonie wujka Heńka wyskoczyło zdjęcie nowego zamka w moich drzwiach.
Na moje „dokąd?” Heniek powiedział tylko: „Do mnie, do Albigowej”. Siedziałam z tyłu, za nim, a tylne drzwi dalej miały blokadę.
Telefon wisiał w uchwycie przy kierownicy. Przez ramię Heńka widziałam ekran.
Zdjęcie wrzucił na rodzinną grupę Łukasz, mój mąż. Podpisał je jednym słowem: „Załatwione”. Mnie z tej grupy już usunęli.
Była 14:52. Na parkingu Łukasz napisał mi, żebym do wieczora zabrała swoje rzeczy. A ślusarz już wtedy wkręcał nowy zamek.
Miałam zabrać rzeczy do wieczora. Zza zamka, do którego nie miałam klucza.
Wynik miał datę z piątku. Łukasz wiedział od piątku. Dwie noce spał obok mnie i nic.
To Łukasz od piątku mnie męczył, żebyśmy kroili tort razem. To Łukasz poprosił siostrę teściowej, żeby nagrywała krojenie. Na pamiątkę.
Chciał mieć na filmie moją minę.
Byłam wściekła. Wrzasnęłam na całe auto, bez słów, jak na porodówce.
Heniek szarpnął kierownicą i zjechał na pobocze.
Staś obudził się i zaczął płakać.
Heniek oparł czoło o kierownicę. Czapkę z daszkiem nosi od wojska, nawet przy stole. Dziś zdjął ją do kościoła i leżała na siedzeniu obok.
Kołnierz koszuli odjechał mu od karku.
Kark Heniek od lat goli sobie maszynką na zero, więc nikt w rodzinie nie widział tam ani jednego włosa. Przed chrzcinami nie zdążył.
Siwizna idzie od skroni. Na karku kolor trzyma się najdłużej. Każda fryzjerka to wie.
Tuż nad kołnierzem Heniek miał trzytygodniowy odrost. Rudy jak Staś.
Posiwiał przed trzydziestką. Rudego Heńka pamiętała chyba tylko teściowa. Dlatego na sali mogła krzyczeć, że u Kałużów nikt nie był rudy.
A Heniek był. I wiedział przede mną, że Łukasz nie jest synem Zbyszka.
Czyli Heniek nie jest Łukaszowi wujkiem. Jest jego ojcem.
— Wujek jest rudy. Na karku, pod siwizną.
Heniek złapał się ręką za kark. Jakby go osa użądliła.
— Twoja teściowa przysięgła mi, że nie moje.
— I wujek uwierzył?
— Chciałem.
Może teściowa sama wierzy, że Łukasz jest Zbyszka. Wtedy jej test miał pogrążyć mnie, nie ją.
— Wujek wiedział. I patrzył, jak ona robi ze mnie dziwkę przy trzydziestu osobach.
Heniek nic nie odpowiedział.
Szarpnęłam za klamkę. Blokada trzymała.
— Na salę już nie wrócisz — powiedział Heniek i ruszył z pobocza.
Telefon w uchwycie zadzwonił. Na ekranie wyświetliło się: „Danka”. Heniek odrzucił.
Po minucie teściowa zadzwoniła znowu. Znowu odrzucił.
Przy mnie nie chciał z nią gadać. Albo w ogóle już nie chciał.
Teściowa krzyczała na schodach, że jutro idą z Łukaszem do adwokata. To ja potrzebowałam adwokata dzisiaj.
Znałam jednego. Adam, mój stały klient.
Ma kancelarię naprzeciwko mojego zakładu i strzyże się u mnie co trzy tygodnie. Jego numer miałam w kalendarzu wizyt.
Zadzwonić nie mogłam, bo Heniek by wszystko słyszał. Napisałam do Adama za plecami Heńka:
„Tu Karolina, fryzjerka. Potrzebuję adwokata. Dzisiaj.”
Adam odpisał po minucie:
„Wiem. Proszę wysłać pinezkę. Już wsiadam do auta.”
Wiem. Skąd wiedział?
Pewnie filmik od siostry teściowej już chodził po Rzeszowie. Tak to sobie tłumaczyłam.
Heniek mieszka sam na końcu Albigowej, w domu po rodzicach.
Na podwórku otworzył mi drzwi od zewnątrz. Pinezkę wysłałam Adamowi, zanim wysiadłam.
W sieni Heniek pokazał brodą schody na piętro.
— Łóżeczko na górze kupiłem w sierpniu. Na jak będziecie przyjeżdżać.
— Nikt nas tu nigdy nie zapraszał.
Heniek udał, że nie słyszy.
— Zostańcie. Tu was nikt nie znajdzie.
Nie zdjęłam płaszcza. Nie zamierzałam tu nocować. Stasia trzymałam na rękach i nie dałam go Heńkowi nawet potrzymać.
— Nikomu ani słowa. Zbyszek ma dwa stenty.
— Nie powiem.
Skłamałam. Prawdę o Łukaszu miała usłyszeć cała rodzina. Jeszcze tylko nie wiedziałam kiedy.
Po pół godzinie pod bramę podjechało auto. Wysiadł z niego Adam.
Do tej pory widziałam go tylko w fotelu, w pelerynie.
Był o głowę wyższy od Heńka. Rękawy granatowego swetra miał podwinięte do łokci.
Znałam jego głowę lepiej niż twarz. Wir kręci mu się w lewo. Za prawym uchem ma bliznę.
— A pan kto? — zapytał Heniek.
— Adwokat pani Karoliny — powiedział Adam.
Nie zatrudniłam go. Ugryzłam się w język.
— A gdzie ona będzie spać z małym? — zapytał Heniek.
— U mnie — powiedział Adam. — Mieszkam nad kancelarią. Naprzeciwko jej zakładu.
Powiedział to cicho, niskim głosem. Heniek i tak cofnął się o krok.
Adam wyjął fotelik z auta Heńka i przypiął go u siebie z tyłu. W dziesięć sekund. Jakby robił to co tydzień.
Przy furtce Heniek złapał mnie za łokieć.
— Uważaj, z kim jedziesz, Karolinka — powiedział cicho. Tylko do mnie.
Nie wiedziałam, czy mnie ostrzega, czy mi grozi.
Po drodze Adam stanął na stacji benzynowej. Wrócił z pieluchami, chusteczkami i maścią na odparzenia. Rozmiar zgadł bez pytania.
Pod kancelarię dojechaliśmy przed piątą po południu. Przez ulicę widziałam swój szyld i ciemną szybę.
Stałam z fotelikiem pod tabliczką KANCELARIA ADWOKACKA, a Adam szukał kluczy.
— Pani z małym na górze. Ja śpię na dole, w kancelarii.
Z piwnicy przyniósł łóżeczko turystyczne i rozłożył je jednym ruchem. Nie zapytałam, po kim jest.
O dziewiątej wieczorem zadzwonił Dawid, fryzjer z mojego zakładu.
— Zobaczyłem filmik i pojechałem do ciebie. Twoje rzeczy wystawili na klatkę w kartonach po pieluchach. Zabrałem je do siebie.
Osiem lat z Łukaszem. Trzy kartony po pieluchach.
— I jeszcze jedno. Mój chłopak mówi, że suknię ślubną możesz sprzedać. Biała, raz używana.
Zaśmiałam się w poduszkę, żeby nie obudzić Stasia.
Gdzie śpię, Dawidowi nie powiedziałam. Nie umiałabym tego wytłumaczyć.
Moje rzeczy były u Dawida, więc spałam w koszulce Adama. Sięgała mi prawie do kolan.
O 3:10 w nocy Staś się rozpłakał. Byłam akurat w łazience, za ścianą. Zanim wyszłam, ucichł.
W kuchni stał Adam, boso.
Staś leżał brzuszkiem na przedramieniu Adama, z buzią w jego dłoni. Tak noszą dzieci położne, kiedy brzuszek boli.
— Skąd pan to umie?
— Mam córkę. Osiem lat. Widuję ją co drugi weekend.
Łóżeczko z piwnicy było po niej.
Wtedy poczułam ciepło na piersiach. Mleko. Na pożyczonej koszulce zrobiły się dwie mokre plamy.
Wstydziłam się tak, że chciałam wejść do szafki pod zlewem.
Adam oddał mi Stasia. Palce Adama zostały na moich o sekundę za długo.
Patrzył mi w oczy. Nie na plamy.
Od porodu nikt tak na mnie nie patrzył. Łukasz patrzył na mnie jak na butelkę z mlekiem.
Nie chciałam, żeby Adam schodził na dół. Trzy miesiące po porodzie, z brzuchem jak budyń i z mlekiem na cudzej koszulce, chciałam faceta. Tego konkretnego.
Na blacie zawibrował mój telefon. Adam cofnął rękę.
— Dobranoc, pani Karolino.
Zszedł na dół.
SMS był od Łukasza.
„Mały śpi? Mama nie wie, że piszę.”
Mój mąż bał się mamusi nawet o wpół do czwartej w nocy.
Odpisałam:
„Chcesz go zobaczyć? Jutro o 10:00, w zakładzie. Sam.”
Łukasz odpisał od razu:
„Dobra. Tylko nie mów mamie.”
Łukasz nie chciał się zbadać. To ja go zbadam.
Laboratorium potrzebuje włosa z cebulką. A od ośmiu lat co niedzielę to ja wyrywam mojemu mężowi siwe włosy.
Rozdziały
Rozdziały 1–4 za darmo. Kolejne: 20 monet za rozdział.
