Sekretne Historie
Okładka książki Pije tylko moją

Pije tylko moją

9,8

2 571 komentarzy ›

306,4tys.

Czyta

69,4tys.

Dyskusja

Rozdział 4

Ola

Obok mnie wytrzymał do piątku.

Od środy, od kłódki, w banku krwi nic nie zginęło. Próbki dalej nosiłam ja. W czwartek Zalewska powiedziała do mnie „pani Olu”.

Tak to załatwiłam. Najprościej: przestało ginąć.

Ja wiedziałam, czemu. On głodniał.

W czwartek rano napisałam: „Mogę panu dać sto mililitrów. W punkcie biorą czterysta pięćdziesiąt. Sto to dla mnie nic”.

Odpisał po sekundzie: „Nie. Nigdy z człowieka. M.”

Napisałam: „Uparty jak żubr”.

„Żubry ustępują. M.”

W środę rano oczy miał jak grafit. W czwartek w nocy jak mokry asfalt. W piątek nie miały już koloru.

A o trzeciej w nocy na blacie w dyżurce stał mój kubek z żubrem. Pełny, gorący. Jego nigdzie nie było.

— Doktor wygląda jak śmierć na urlopie — powiedziała Basia.

Od czwartku przywoziła go Nadia. Sam już nie prowadził.

I nie odjeżdżała. Stała całą noc na parkingu, w czarnym aucie ze zgaszonym silnikiem. Ogrzewania nie potrzebowała.

* * *

O 23:10 zadzwonił SOR. Osobówka na drodze z Białowieży, poślizg na szronie, bokiem w sosnę.

Chłopak, dziewiętnaście lat. Krwotok z nogi, tak wysoko, że opaski nie było gdzie założyć.

— Krawczyk, idziesz z doktorem — powiedziała przez telefon pielęgniarka z SOR-u. — Nie mamy rąk.

Lekarz z SOR-u reanimował w drugiej sali.

Na SOR-ze pachniało żelazem tak, że czułam to nawet ja.

Mikołaj docisnął pięścią gazę nad raną. I się nie ruszył.

Uciskał siedemnaście minut. Nie wziął ani jednego oddechu. Widziałam to tylko ja.

Do chłopaka co kilka minut mówił trzy słowa. Na tym samym powietrzu.

— Jestem. Trzymam. Nie puszczę.

Test przyłóżkowy zrobiłam na blacie. Kropla krwi chłopaka na karcie. Mikołaj nie spojrzał.

Podłączyłam worek. Zero Rh minus, na ratunek.

Moja grupa. Pasuje każdemu.

Worek powiesiłam na stojaku i zapięłam w mankiet ciśnieniowy.

Mikołaj patrzył chłopakowi w twarz. Oczy miał czarne od brzegu do brzegu.

To mogłam być ja. We wtorek. Tylko że mnie z rowu ktoś wyjął.

— Dobra robota, Sołowiej — powiedział chirurg, kiedy zbiegł z bloku.

Mikołaj kiwnął głową i wyszedł.

— Po SOR-ze każdemu się należy, idź — powiedziała Basia na oddziale. — Sale ci przypilnuję.

* * *

Za kwadrans dwunasta znalazłam Mikołaja w pokoju lekarskim.

Stał przy oknie, dłonie na parapecie. Rękawiczki zdarł.

Ręce mu się trzęsły. Moje trzęsą się potem. Jego teraz.

— Proszę wyjść, Olu.

Samo „Olu”. Bez „pani”.

Pięć dni bez krwi, od niedzieli. A w niedzielę Nadia go wywiezie. Na zawsze.

Zamknęłam drzwi. Na klucz się nie dało. Zamek w pokoju lekarskim nie działa od wakacji.

Podwinęłam lewy rękaw. Do łokcia.

Tu oddaję krew od jedenastu lat. Żyła wychodzi sama, zna drogę.

Wciągnął powietrze. Jeden raz, mimo woli. Parapet trzasnął mu pod palcami.

Mrugnęłam, a stał już pod przeciwną ścianą.

— Proszę.

Prosił. Mnie.

Wszyscy zawsze prosili, żebym dała. On prosił, żebym nie dawała.

Zegarek odpięłam od bluzy i wzięłam w prawą rękę. Pierścionek wyjęłam z kieszeni. Od wtorku tam mieszkał.

Położyłam go na parapecie. Na pęknięciu.

— Oddałam w życiu dziesięć litrów. Obcym ludziom i na nazwisko Kingi. Mogę dać sto mililitrów komuś, kogo znam.

— Nigdy z człowieka. Jeśli zacznę, mogę nie skończyć.

— Skończy pan, kiedy powiem „dość”. Ja liczę.

— I jest jeszcze coś. Jak się napiję, coś się zmieni. Na zawsze. Nie w pani. We mnie.

— Umrze pan od tego?

— Nie.

— A bez tego?

Milczał.

— To powie mi pan potem.

— Powiem.

— Dlaczego? — zapytał. — Nie pielęgniarka. Pani.

Nikt mnie o to nie pytał. Ani w punkcie krwiodawstwa, ani Szymon, ani Kinga.

— Bo jak pan padnie, przyślą mi tu kogoś, kto oddycha. — Popatrzyłam na jego ręce. — A poza tym chcę.

— To jedyny powód, który przyjmę.

— Minuta. Na „dość” pan kończy. Tak czy nie?

Długa cisza.

— Tak.

Odruchowo przetarłam zgięcie łokcia gazikiem ze spirytusem. Siedem lat w zawodzie.

— Pani mnie dezynfekuje? — Od trzech dni się nie uśmiechał. Teraz prawie.

— Siebie. Pan jest po SOR-ze.

Podszedł powoli. Jakby szedł pod wiatr.

Wziął moją rękę w obie dłonie.

Pochylił się nad nią jak przedwojenny oficer na balu. On był przedwojenny.

— Nie tu — powiedziałam. Odwróciłam rękę. Zgięcie łokcia, blada kreska po dwudziestu trzech wkłuciach. — Tu umiem.

— Na pewno?

— Liczę od teraz.

Jedną ręką trzymał mnie pod łokciem. Drugą objął mnie w pasie, ostrożnie, jak do walca.

Wciągnął powietrze. Długo. Jakby wąchał chleb prosto z pieca.

I nie uciekł.

Dwa ukłucia. Bolały mniej niż igła przy pobraniu.

A potem ciepło. Poszło od łokcia w górę, pod żebra, tam, gdzie od kilku dni było mi zimno. Przy pobraniu nikt mnie tak nie trzymał.

— Jeden. Dwa.

Przy dwudziestu sześciu zgubiłam rachunek. Ja, która liczę krople we wlewie. Złapałam go z powrotem na zegarku.

Jego ręka w moim pasie zacisnęła się na bluzie. Raz. I od razu puściła.

Jakby sam sobie powiedział „dość”, zanim zdążyłam ja.

Przy czterdziestu nie liczyłam już dla niego. Liczyłam, żeby nie powiedzieć „jeszcze”.

Zegarek tykał mi w zaciśniętej pięści. Równo. Ja nie.

— Pięćdziesiąt dziewięć. Sześćdziesiąt. Dość.

Przestał. Od razu. W pół łyku.

Kciukiem przycisnął zgięcie łokcia.

Pierwszy raz w życiu ktoś przestał brać na moje „dość”.

Zapiekło mnie pod powiekami. Nie od krwi.

Ręka w moim pasie zrobiła się ciepła. Jakby ktoś w nim w końcu napalił w piecu.

Oczy znowu zrobiły mu się szare.

Uciskał, aż przestało. Potem sam nakleił mi plaster.

Krzywo. Lekarze zawsze kleją krzywo.

Zdjęłam mu z szyi stetoskop. Rozpięłam dwa guziki koszuli. Przyłożyłam głowicę do jego piersi.

Cisza. Puk. Długo nic. Puk.

— Cztery na minutę. Jak na nieboszczyka to tachykardia.

Roześmiał się na głos. Śmiech miał niski, trochę zardzewiały, jakby dawno go nie wyjmował.

— Od wojny nie biło.

— Już nie jestem głodny — powiedział. — A dalej nie umiem od pani odejść. To nie od krwi.

Nie odszedł.

— Wypada zapytać — powiedział cicho. — Czy mogę panią pocałować?

— Nie musi pan pytać. Od tamtego rowu chcę.

Pocałowałam go pierwsza.

Podniósł mnie jak nic i posadził na kozetce.

Kozetka w pokoju lekarskim skrzypi jak każda kozetka w Polsce. Skrzypnęła pode mną raz. Drugi raz, kiedy pociągnęłam go do siebie za koszulę.

Całował tak, jak mówił przy mnie. Krótko.

A potem jeszcze raz, jakby sprawdzał, czy na pewno wolno. Wolno było.

Za trzecim razem już niczego nie sprawdzał.

Ustami zjechał mi na szyję. Tam, gdzie piekło po szaliku. Na tętnicy się zatrzymał.

Nie ugryzł. Pocałował. Przestało piec.

Zaplątałam palce w jego za długie włosy. Jedną ręką, bo w drugiej dalej ściskałam zegarek. Wreszcie wiedziałam, po co lekarzowi takie włosy.

Przyciągnął mnie za biodra na sam brzeg kozetki. Bluza mi się podwinęła. Jego dłoń znalazła gołą skórę na moich plecach i już tam została.

Zdjął moją rękę ze swoich włosów i pocałował serdeczny palec. Ten bez pierścionka. Ten, po którym ciekła krew z ampułki.

Dwa rozpięte guziki to było za mało. Rozpięłam trzeci.

Szyba nad kozetką zaparowała. Cała. Nie tylko po mojej stronie.

Słuchawki dalej miałam w uszach. Głowica została między nami, wciśnięta w jego pierś. Słyszałam, jak mu przyspiesza.

Sześć. Osiem. Dziewięć.

— Pani Olu…

— Przy tym? Ola. Na ty.

— Ty — powtórzył. Ostrożnie, jak słowo w obcym języku. I tym razem on pocałował mnie.

— Mikołaj — powiedziałam. Na głos.

W słuchawkach zabiło mu dwa razy pod rząd.

— Dziewięć — szepnęłam mu w usta. — Przy mnie ci przyspiesza.

— Nie przestawaj liczyć.

* * *

Ktoś załomotał w drzwi.

— Panie doktorze! Zdanowski ma czterysta! Znowu sernik!

Zerwaliśmy się z kozetki. Stetoskop spadł na linoleum.

Mikołaj odpowiedział normalnym głosem. Z oddechem.

— Osiem jednostek i kontrola o drugiej, pani Basiu.

— A Olę pan widział? Przerwa przerwą, ale Zdanowski chce tylko ją.

Mikołaj popatrzył na mnie.

— Widziałem.

— A gdzie?

Cisza.

— Nu… widziałem.

— To jak ją pan jeszcze zobaczy, niech jej pan powie, że Zdanowski woła.

Kroki Basi się oddaliły. Gryzłam pięść, żeby nie parsknąć.

Mikołaj zasłonił oczy dłonią. Ramiona mu się trzęsły.

Potem stanął przy oknie i zapinał koszulę. Guziki trafiały nie w te dziurki.

— Olu. Obiecałem, że powiem potem. Kto raz napije się krwi, którą mu dano…

Żadne z nas nie usłyszało kroków na korytarzu.

Drzwi się otworzyły. Bez pukania.

* * *

W progu stał Szymon. W jednej ręce papierowa torba, w drugiej białe róże ze stacji benzynowej.

Kolacja na dyżur, jak we wrześniu. Chirurga z kolacją pamięta każdy portier i każda pielęgniarka.

Miał być w niedzielę. Bąbel przyspieszył mu kalendarz.

Na celofanie została naklejka z ceną. 24,99 zł.

Karta zablokowana, więc tym razem kupił za swoje. I było widać.

— Niespodzianka, Kropel… Basia mówi, że doktor cię widział.

Jeszcze się uśmiechał.

Na szyi miał nowy szalik. Kremowy.

Tym razem konwalie poczułam sama. Z dwóch metrów.

Popatrzył na mój podwinięty rękaw. Na plaster. Na pierścionek na parapecie.

Na koszulę Mikołaja, zapiętą nie na te guziki.

— To dlatego zablokowałaś kartę? — Jeszcze się uśmiechał. Już krzywo. — Dla niego?

— Zablokowałam przez Kazimierz. Tysiąc sto osiemdziesiąt. Ze śniadaniem.

Uśmiech mu zjechał. Wyjął telefon. Nagrywał.

— Uśmiechnij się, Kropelko. Dla twojej mamy.

Zrobił krok i sięgnął po moją rękę. Tę z plastrem.

— Dość — powiedziałam.

Szymon nigdy nie przestawał na moje „dość”. Przy pieniądzach, przy swojej mamie, przy weselu na sto dwadzieścia osób. Myślałam, że mówię za cicho.

Nie przestał i teraz.

Kilka minut temu ktoś przestał w pół łyku. Na jedno moje słowo.

Szymon nie dosięgnął. Mikołaj stał już między nami. Nie widziałam, jak przeszedł.

Szymon odskoczył. Torba upadła, róże za nią.

Pudełko z pierogami jego mamy otworzyło się na linoleum. Zapachniało kapustą i grzybami.

Mikołaj miał znowu czarne oczy. Całe tęczówki.

— Bo co mi zrobisz? — Szymon cofnął się pod drzwi.

— Pani Ola powiedziała „dość” — odpowiedział Mikołaj. Bardzo grzecznie.

Szymon przestał żuć gumę. Nawet przy oświadczynach żuł.

— Ola, co on ci robi? — zapytał zza telefonu. — Co jest z jego oczami?

— Nic, czego nie chciałam — powiedziałam.

Od wtorku kłamałam mu w oczy. Teraz nie musiałam.

Szymon przewinął nagranie. Zbladł.

— Tu stoi przy oknie. A tu, klatkę później, przede mną. Jak on to…

Nie dokończył. Stuknął w ekran.

Telefon był już w ręce Mikołaja.

Stuknął dwa razy. Usuń. Usuń z kosza.

Potem położył Szymonowi pusty telefon na dłoni. Grzecznie.

— Poszło do Kingi — powiedział Szymon. Głos mu wrócił. — Na wszelki wypadek.

— Do siódmej, Kropelko — powiedział od progu. — Jedziesz ze mną do Warszawy. W poniedziałek o dziesiątej notariusz, tak jak było umówione. Albo Kinga wrzuca film na grupę weselną.

Umówione. Beze mnie.

Nie powiedział: koniec. Nie wziął pierścionka z parapetu. Powiedział: notariusz.

Narzeczoną z innym przełknie. Mieszkania po babci nie odpuści.

Trzasnął drzwiami. Róże zostały na podłodze, w pierogach.

Telefon Mikołaja zabrzęczał na biurku. Ekranem do góry.

Nadia: „Słyszałam, jak szedł. Nie ostrzegłam. Nagrał. Wyjeżdżamy za godzinę. Wszyscy.”

Mikołaj nie sięgnął po swój telefon. Sięgnął po moją rękę.

Palce miał jeszcze ciepłe. Od mojej krwi.

— Nie dokończyłem — powiedział. — Kto raz napije się krwi, którą mu dano, temu żadna inna już nie przejdzie przez gardło.

Czyli od dziś pije tylko moją.

Policzyłam odruchowo. Ile on potrzebuje. Ile ja mogę dać.

Kobieta może bezpiecznie oddać krew cztery razy w roku.

Wynik się nie zgadzał. Ze mną będzie głodny. Beze mnie umrze.

— Nic mi nie jesteś winna — powiedział. — Powiesz „dość” na zawsze, to będzie dość.

Ścisnął mi palce.

— Ale bez ciebie do tego auta nie wsiądę.

Kiedyś wzięłabym to za samo wyznanie. Teraz słyszałam też rokowanie.

Mój telefon zawibrował w kieszeni bluzy. I nie przestawał.

Grupa „Ola i Szymon 12.12 💍”. Sto dwadzieścia osób.

Kinga nie czekała do siódmej. Film wrzuciła o 0:41.

Na miniaturkę wybrała jedną klatkę. Mikołaj z czarnymi oczami, tuż przy moim podwiniętym rękawie.

Podpis Kingi:

„Kochani, módlcie się za naszą Olę 🙏 Czy ktoś zna tego lekarza?”

Nie uderzyła we mnie. Mnie potrzebowali w poniedziałek o dziesiątej, z długopisem w ręce. Uderzyła w niego.

Pod spodem kółeczka z twarzami. Kto już widział. Trzecie od lewej było mamy.

Mama o tej porze śpi od dwóch godzin. Ktoś ją obudził.

Telefon zatańczył mi w dłoni. Tym razem ręce nie czekały na potem.

Na parkingu zapaliły się długie światła. Prosto w nasze okno.

Telefon Mikołaja zabrzęczał drugi raz.

Nadia: „Minuta. Potem wchodzę po ciebie.”

Mikołaj nie puścił mojej ręki. Tej z plastrem.

Popatrzył na zegarek w mojej pięści.

— Policz do sześćdziesięciu, Olu. Tyle mamy.

Ciąg dalszy po odblokowaniu

Masz już konto? Zaloguj się

Rozdziały

Rozdziały 1–4 za darmo. Kolejne: 20 monet za rozdział.