Rozdział 3
Ola
Szalik spaliłam w kuchni węglowej pani Niny. Śmierdział przypaloną wełną. A pod spodem, do samego końca, lawendą.
Potem odpisałam na nieznany numer. Mój miał z listy w dyżurce. Wszyscy mają.
„Słucha pan?”
Odpowiedź przyszła, zanim odłożyłam telefon.
„Z drogi. Jak pani kazała.”
„I jak?”
„Od zmroku. Jeszcze pani spała. Równo.”
Przeczytałam to jeszcze raz. Już nie było równo.
Jeszcze nikt nie podniósł mi tętna SMS-em. Szymonowi nie udawało się nawet osobiście.
O krew nie zapytałam. Ani o drzwi. Na takie pytania trzeba mieć siłę na odpowiedź.
Na dyżur musiałam jechać i tak. Na kontrakcie za L4 nikt nie płaci. Jest dyżur, jest faktura.
Napisałam: „Podwiezie mnie pan? Lekarz zabronił mi dziś prowadzić”.
„O szóstej. Do furtki.”
Przez całą puszczę jechaliśmy w ciszy. Jego płaszcz trzymałam na kolanach. Ściskałam go jak torebkę.
Na zakręcie przy cerkwi zmienił bieg. Dłoń na drążku została centymetr od mojego kolana. Bez rękawiczki.
Patrzyłam na nią przez cały zakręt i składałam w głowie.
Kto nie je. Kto ma ręce jak z lodówki. Kto nie oddycha.
Komu na widok mojej krwi czernieją oczy. Kto otwiera auto jak konserwę.
Wyszło mi jedno słowo. Nie chciałam go powiedzieć nawet w myślach. Nie centymetr od jego ręki.
— Proszę coś mówić — powiedział do szyby. — Jak pani milczy, słyszę tylko pani serce.
— A to źle?
— To trudno.
Pod szpitalem zgasił silnik.
— Boli? — Pokazał brodą moją skroń.
— Mniej niż konto weselne.
Wysiadłam szybciej, niż wypadało.
* * *
Zalewska czekała w dyżurce. Zdjęła okulary. Zalewska zdejmuje okulary przy zgonach i przy kontrolach z sanepidu.
— Kierowniczka banku krwi zgłosiła wczoraj dyrekcji brak worka. Z nocy z piątku na sobotę. Do utylizacji, ale każdy ma numer i każdy trzeba rozliczyć. Czwarty w tym miesiącu. — Postukała długopisem w blat. — Ja nikogo nie oskarżam, pani Krawczyk. Ale w zeszycie laboratorium na każdej z tych nocy jest pani podpis. Próbki z interny nosiła pani.
Uszy zapiekły mnie tak, że bałam się, że widać.
— Od jutra lodówka na kłódkę. A kamera, jak tylko dyrekcja ogłosi.
Potem zobaczyła moją skroń. Raport przejęła za mnie Basia, a Zalewska sama zaprowadziła mnie na SOR.
Tomograf zrobili od ręki. Czysty.
Od jutra kłódka. Czyli jeśli miał przyjść, to dziś.
* * *
O drugiej zniosłam do laboratorium cito. Morfologię i CRP dla pani spod siódemki. Basi powiedziałam, że wrócę za kwadrans.
Klucz od banku krwi wisi w laboratorium na gwoździu. Pan Jarek, diagnosta, śpi od drugiej do czwartej.
Wie o tym cały szpital. Oprócz dyrektora.
O 2:30 siedziałam po ciemku w banku krwi. Lodówki buczały.
Na krześle obok leżał jego płaszcz. Przyniosłam go oddać. Tak sobie mówiłam.
Bałam się. Ale gdyby chciał mi zrobić krzywdę, miał rów we mgle i całą puszczę po ciemku, kiedy wiózł mnie na dyżur. Nie zbliżył się ani o centymetr.
Drzwi otworzyły się bez dźwięku. Przy mnie skrzypią zawsze.
Zapaliłam światło.
Stał przy lodówce do utylizacji. W ręce w rękawiczce trzymał worek. Ciemny i ciężki.
— Wiedziałem, że pani tu jest. Słyszałem pani serce od schodów. Sto dziesięć.
— Sto dwadzieścia — powiedziałam. — Od teraz.
— Mógłbym milczeć. Ale pani i tak wie. Liczy mi pani oddechy od października. A jak będzie pani myślała, że kradnę krew na handel, zostanie pani z tym sama.
Uniósł worek.
— Biorę te, które rano idą do spalenia. Żeby nie brać z ludzi.
Wstałam. Kolana miałam miękkie.
— Niech pan da szyję.
Zdjął rękawiczkę i odchylił kołnierz. Bez słowa.
Przyłożyłam dwa palce. Skóra gładka i zimna jak kamień z rzeki.
Zero.
Pod palcami czułam, jak przełyka. Raz. Drugi. Jak głodny przy pełnym stole, któremu nie wolno jeść.
Przy dwudziestej sekundzie jego ręka zacisnęła się na uchwycie lodówki. Metal jęknął.
— Pani Olu. Proszę już zabrać rękę.
— Jeszcze dziesięć sekund.
Każdy rozsądny człowiek zabrałby rękę. Ja trzymałam dalej.
Jego szyja nie biła. Moje palce tak.
Przy trzydziestej zabrałam. Wolniej, niż powinnam.
Ostatnich dziesięciu sekund nie liczyłam już dla jego tętna. Liczyłam, ile jeszcze mogę tak stać, zanim zrobi się z tego coś innego niż badanie.
W opuszkach zostało mi zimno. Jak po śnieżce, którą trzyma się za długo, bo szkoda wypuścić.
— Urodziłem się tu, w Hajnówce. Przed wojną. W październiku czterdziestego czwartego poszedłem do puszczy, do rannego. Wróciłem taki.
— Wampir — powiedziałam. Na głos. W banku krwi.
Jak w tym filmie, na którym w liceum ryczałyśmy z Kingą w jedną paczkę chusteczek.
— Matka mówiła: upyr.
— A pana matka?
— Umarła, myśląc, że zginąłem w puszczy. Na pogrzebie stałem pod lasem. Bliżej nie mogłem.
— Dlaczego przy mnie pan nie oddycha?
Odpowiedział jednym tchem, na resztce powietrza.
— Pani krew pachnie jak chleb mojej matki. Żytni, pieczony na liściu chrzanu. W sobotę, prosto z pieca. Od wojny nie czułem tego zapachu. Jak przy pani oddycham, jestem głodny jak w czterdziestym czwartym.
— Więc pan nie oddycha.
— Więc nie oddycham.
Chciałam, żeby wziął wdech. Przy mnie. Jeden.
Żeby chociaż raz poczuł, jak pachnę, i nie uciekł.
— Przy pani wziąłem dwa wdechy. W poniedziałek wieczorem, dla szalika. Wczoraj w nocy, dla palca. Więcej bym nie wytrzymał.
— Mógł pan brać inne noce. Byłoby panu łatwiej.
— Byłoby.
— To czemu pan nie brał?
— Proszę nie pytać, pani Olu.
Nie zapytałam drugi raz. Nie musiałam.
— Rodzina przywozi mi worek na tydzień. Ostatni dostałem w niedzielę. Odkąd pracuję obok pani, to za mało. Drugi brałem stąd.
Popatrzył mi prosto w oczy.
— A jak ktoś się dowie, moja rodzina wyjeżdża tej samej nocy.
— To czemu mi pan to wszystko mówi?
— Bo o piątej zadzwonię do wujostwa. I poproszę o wyjątek. Dla pani.
Odłożył worek do lodówki. Ostrożnie.
Na uchwycie zostały wgłębienia po jego palcach. Jak w moich drzwiach.
— Do dziś nie wiedziałem, że to idzie na panią. O podpisach w zeszycie usłyszałem wieczorem, przez ścianę dyżurki. Dziś tu jest pani. Jak zniknie piąty worek, będzie na panią.
* * *
— Rano pójdę do Zalewskiej. Powiem, że to ja.
— I co jej pan powie, jak zapyta, po co?
Milczał.
— Pan nie umie kłamać. Ja umiem. Od wczoraj mam świetnego nauczyciela. Ja to załatwię.
* * *
O czwartej siedzieliśmy w dyżurce. Basia spała w socjalnym, z paczką chipsów na brzuchu.
— Zadzwonię do niego — powiedziałam. — A pan słucha.
Stanął przy oknie, trzy metry ode mnie. Nie oddychał. Od półtorej godziny mówiłam do niego w myślach „Mikołaj”.
Szymon odebrał, kiedy już chciałam się rozłączyć.
— Kropelko? Czwarta… Spałem w dyżurce.
Trzecia noc z rzędu. Szymon po jednym dyżurze śpi do obiadu.
— Cicho na oddziale — powiedziałam. — Tęsknię.
Kłamstwo szło mi coraz lepiej. Lepiej niż jemu.
— Kropelko, a ta… policja? Dzwonili?
— Jeszcze nie.
Odetchnął tak, że usłyszałabym to bez Mikołaja.
Mikołaj miał zamknięte oczy. Bez słowa narysował sobie palcem wąsy na policzku.
Kot. Przy samym telefonie.
Spłoszony człowiek szepcze. A Mikołaj słyszy szepty.
— To śpij — powiedziałam. — Pozdrów Bąbla.
Cisza. Długa.
— Jakiego… Kropelko, kogo?
— Nikogo. Gadam od rzeczy. Czwarta rano.
— Czekaj, ktoś mnie woła.
W słuchawce zrobiło się głucho. Kciukiem wcisnęłam wyciszenie.
— Zakrył telefon — powiedział Mikołaj cicho. — Ona pyta: „Wie?”. On: „Nie wiem. Chyba strzela”.
Po drugiej stronie coś szeleściło. Kołdra. Pewnie lawendowa.
— Ona: „Do ślubu ma się nie dowiedzieć. Potem już nie ucieknie”.
— Jestem. — Szymon wrócił do telefonu. Za wesoło. — Słuchaj, w niedzielę przyjadę, pogadamy o karcie, dobra?
Wyłączyłam wyciszenie.
— Przyjedź.
W niedzielę jest Wszystkich Świętych. Rano Powązki z mamą, bez niego by nie poszła. Czyli przyjedzie wieczorem.
Tym razem rozłączyłam się ja.
— Co znaczy „potem już nie ucieknie”?
— Nie wiem. Ale nie powiedziała tego jak zazdrosna kobieta. Powiedziała to jak księgowa.
Jak księgowa. Dwieście złotych u notariusza na Żoliborzu.
Wpisałam w poczcie: „notariusz”.
Mail był z piątku. Wpadł do „Ofert”, między pizzę a gazetkę z apteki.
Kancelaria notarialna, Żoliborz. Do wiadomości: Szymon Rudnicki, Aleksandra Krawczyk.
Notariusz wysyła projekt wszystkim stronom. Szymon liczył, że ja nie czytam ofert.
„Projekt umowy majątkowej małżeńskiej, prosimy o weryfikację danych przed podpisaniem: poniedziałek 2.11, godz. 10:00.”
Otworzyłam załącznik. Przy jednym zdaniu zdrętwiały mi palce.
„…rozszerzenie wspólności majątkowej na lokal mieszkalny przy ul. Krasińskiego… stanowiący majątek osobisty Aleksandry Krawczyk (nabyty w drodze spadku)…”
Mieszkanie po babci. To, w którym mieszkamy. Babcia zapisała mi je jednym zdaniem: „Żeby Ola zawsze miała dokąd wrócić”.
Kinga mówiła: intercyza. Tylko że intercyza miała nas rozdzielać, a ta umowa łączyła.
— Prawie sto lat patrzę, jak ludzie dzielą mieszkania — powiedział Mikołaj spod okna. — Rozszerzenie znaczy: połowa jego.
Po ślubie połowa mojego mieszkania. A po rozwodzie ta połowa wychodzi z nim za drzwi.
Poniedziałek, drugi listopada, dziesiąta. Dzień po Wszystkich Świętych. Dwie godziny przed terminem zaliczki za salę.
Dlatego niedziela wieczorem. Żeby w poniedziałek rano zawieźć mnie do Warszawy. Prosto pod podpis.
Mikołaj zrobił krok w moją stronę. Zatrzymał się. Wrócił pod okno.
Pilnował tych trzech metrów lepiej, niż Zalewska pilnuje protokołu.
* * *
O 7:55 mgła rzedła. Pod daszkiem podjazdu karetek, skąd ochrona przegania nawet taksówki, stało czarne terenowe auto z przyciemnianymi szybami. Nikt go nie przeganiał.
Mikołaj wyszedł tylnym wyjściem, z głową w kołnierzu, i od razu wsiadł. W swoim płaszczu.
Oddałam mu go o siódmej. Z żalem, ale oddałam.
Volvo zostawił na parkingu. Ktoś przyjechał po niego. I po mnie, jak się okazało.
Od strony kierowcy wysiadła kobieta w ciemnych okularach. O świcie. Piękna tak, że człowiek od razu sprawdza, czy ma czyste buty.
— Moja siostra. Nadia — powiedział przez uchyloną szybę. Tak, jak się mówi „moja migrena”.
Nadia nie podała mi ręki. Obeszła mnie dookoła jak auto do kupienia. Para leciała tylko z moich ust.
— Wiesz.
Nie pytała.
— Wiem.
— To słuchaj. Jak ktoś nas nagra albo wie na pewno, wyjeżdżamy tej samej nocy. Wszyscy. Jedenaście razy już wyjeżdżaliśmy.
— Powiedział tobie, zanim zapytał nas — dodała. — Postawił na ciebie nasz dom. Wujostwo się zgodziło. Ja nie.
— Od dziś lodówka jest na kłódkę — powiedziałam.
— Wiem. Ja go nie głodzę. Worek dostaje od nas co niedzielę, więcej nie mamy. Ze szpitala już nie weźmie, bo poszłoby na ciebie. A głodny jest groźny. Dla każdego, kto przy nim krwawi. W niedzielę go stąd wywiozę. Na zawsze.
— Ile on tak wytrzyma? — zapytałam.
Nadia zsunęła okulary na czubek nosa. Nie popatrzyła na mnie. Na niego, za przyciemnioną szybą.
— Bez krwi? Tydzień.
Wsiadła do auta. Szyba zjechała w dół.
— Obok ciebie? Krócej.
Rozdziały
Rozdziały 1–4 za darmo. Kolejne: 20 monet za rozdział.
