Sekretne Historie
Okładka książki Pije tylko moją

Pije tylko moją

9,8

2 571 komentarzy ›

306,4tys.

Czyta

69,4tys.

Dyskusja

Rozdział 2

Ola

Jakie pieniądze, wiedziałam od razu.

Faktura za wrzesień weszła wczoraj o 17:52, jak parkowałam pod szpitalem.

Odłożyłam na ZUS i podatek. Resztę, co do grosza, miałam rano przelać na konto weselne. Jak każdą pensję od czerwca.

Do rana nie miałam kiedy usiąść. Telefon parzył mnie przez kieszeń. Basia w tym czasie zjadła dowód miłości z depozytu.

O 7:25, po raporcie, w aucie na szpitalnym parkingu, zalogowałam się na konto weselne. Ostatni raz byłam tam w sierpniu.

Założyliśmy je w banku Szymona, bo „lepiej oprocentowane, Kropelko”. Na mnie. Szymon dostał do niego kartę, „bo to ja będę biegał po salach i fotografach”.

Ja tylko przelewałam na numer. Powiadomienia wyłączył mi przy instalacji, „żeby cię nie spamowało”.

Liczę wszystko. Tętno, oddechy, krople we wlewie.

Pieniędzy na wesele nie liczyłam. To były „nasze” pieniądze. „Naszego” się nie sprawdza.

Od czerwca przelałam tam trzy pensje z nadgodzinami. Dwadzieścia cztery tysiące.

Saldo: 2140,37 zł.

Przeczytałam trzy razy. Przecinek nie chciał się przesunąć.

Przewinęłam w dół. Kciuk ślizgał mi się po ekranie.

10 października. Perfumeria w Arkadii. 489 zł. Dwa dni przed urodzinami Kingi.

Pierwszy flakon kupiłam jej ja. Ten kupił mój narzeczony. Za moje.

17 października. Pensjonat w Kazimierzu Dolnym. 1180 zł.

Tego dnia Szymon był na konferencji w Lublinie. Wysłał mi zdjęcie identyfikatora. Postarał się.

— Gnój — powiedziałam do kierownicy.

Pomogło. Na sekundę.

21 października. Kancelaria notarialna, Żoliborz. 200 zł. Kartą.

Notariusz? My nic u notariusza nie podpisywaliśmy.

Kinga mówiła, że teraz wszyscy robią intercyzę. Powiedziałam, że ja nie chcę.

Reszta w bankomatach. Po tysiąc.

Sala weselna: zero złotych.

W lipcu Szymon pokazał mi w telefonie potwierdzenie zaliczki. Byłam po dyżurze. Kiwnęłam głową.

Mail z sali przyszedł w nocy. Na mój adres, bo w umowie zamawiającą jestem ja. Poprzednie szły do organizatorki.

Do Kingi.

„Przypominamy o zaliczce 8000 zł. Na prośbę pana Szymona przedłużyliśmy termin do poniedziałku 2.11, do 12:00. Potem rezerwacja na 12.12 przepada.”

Na grupie weselnej mama wrzuciła o 6:30 tort. Sto dwadzieścia osób. Trzydzieści cztery serduszka.

Szymona i Kingi nie było. Oni zawsze klikają pierwsi.

Zrobiłam zrzuty ekranu. Wszystkie. Jak dokumentację odleżyny: data, miejsce, rozmiar.

Nie przelałam. Pierwszy raz od czerwca.

Za to przelałam w drugą stronę. Z weselnego na swoje, do grosza.

„Zastrzec kartę?” Tak. Tak się mówi „dość” w banku.

Dopiero wtedy się rozryczałam. W jego szalik, bo nic innego nie miałam pod ręką. Potem przypomniałam sobie, czym pachnie, i cisnęłam go na tylne siedzenie.

Wesela nie odwołałam. Jeszcze nie. Sto dwadzieścia osób to dużo świadków.

* * *

Pokój wynajmuję u pani Niny, na skraju puszczy. Jedzie się dwadzieścia minut. Lasem.

Cerkiew na wylotówce tonęła we mgle po same kopuły.

Słońce wstało o 6:12. W puszczy jeszcze o tym nie wiedzieli. Mgła wisiała na wysokości świateł.

Na asfalcie leżał szron. Gruby, pierwszy taki tej jesieni.

Jechałam czterdzieści na godzinę.

W lusterku, sto metrów za mną, jechały czyjeś światła. Kwadratowe. Żółtawe. Stare.

Żubr wyszedł z mgły na środek drogi. Ciemny, wielki jak szafa. Stał i patrzył.

Zahamowałam. Yaris pojechał dalej. Bokiem, po szronie, prosto do rowu.

Skroń stuknęła o szybę. Nawet nie poczułam.

Yaris leżał na prawym boku. Wisiałam na pasie jak pranie na sznurku. Moje drzwi były teraz sufitem, a za nimi mgła.

Silnik dalej pracował. Pachniało benzyną.

Pchnęłam drzwi. Ani drgnęły. Zakleszczone.

Nad głową jeszcze szumiało koło. Nie zdążyło stanąć, kiedy ktoś wskoczył na bok auta.

Blacha zazgrzytała jak wieczko od konserwy. Drzwi poszły w górę, razem z zawiasami, w złą stronę.

Nade mną stał doktor Sołowiej.

— Szyja boli? Nogi pani czuje?

— Czuję. Wszystko.

Sięgnął do środka, zgasił silnik, odpiął mi pas i wyjął mnie jak dziecko z wanny. Postawił na asfalcie. Trzymał, dopóki nie stanęłam sama.

Sto metrów dalej stało volvo. Z otwartymi drzwiami.

Był przymrozek. Żubr stał na skraju lasu, para buchała mu z nozdrzy w dwóch słupach.

Ze mnie też szła para. Z ust doktora Sołowieja nie leciało nic.

Żubr parsknął. Odwrócił się do nas zadem i poszedł w mgłę.

Bez pośpiechu. Jakby widywał tu gorsze rzeczy.

Dopiero wtedy zaczęły mi dzwonić zęby.

* * *

— Proszę wybaczyć. Muszę dotknąć.

Rękawiczek nie miał. Przebiegł palcami po moim karku, kręg po kręgu, od potylicy w dół. Palce miał zimne jak klamka w styczniu.

A mnie zrobiło się gorąco. Dokładnie tam, gdzie je trzymał.

Minutę po wypadku, z pierścionkiem w kieszeni. Brawo, Krawczyk.

Tętna sobie nie liczyłam. Bałam się wyniku.

— Uderzyła się pani w głowę.

— Lekko.

— Lekko to się mówi przed tomografem. Lewa skroń. Proszę patrzeć na mój palec.

Patrzyłam. Na palec i trochę dalej.

— Mdli panią?

— Od nocy. Ale to nie od głowy.

Jego twarz była dziesięć centymetrów od mojej. Moja para osiadała mu na rzęsach. Nie topniała.

— Skąd pan się tu wziął?

— Ja nie kłamię, pani Olu. Więc proszę nie pytać.

— Jechał pan za mną.

— Słyszałem, jak pani płakała. Na parkingu.

— Przez szybę? Z oddziału?

Milczał.

Zdjął płaszcz i owinął mnie nim. Płaszcz był zimny od środka. Jakby nikt w nim nigdy nie chodził.

Pachniał żywicą i mrozem. Jak las po pierwszym przymrozku. Wtuliłam w niego nos, zanim pomyślałam, jak to wygląda.

Został w samej koszuli, na mrozie. Rękawy miał podwinięte.

Przedramiona jak u chłopaków z tartaku, żylaste i twarde. I ani śladu gęsiej skórki.

Posadził mnie w volvo, na miejscu pasażera. Na tylnym siedzeniu leżały koc i kapelusz.

Szyba po mojej stronie zaparowała. Kiedy ją przetarłam, yaris stał już na kołach, na poboczu. Drzwi kierowcy miał dociśnięte do ramy.

Jak, nie widziałam. Słyszałam tylko, jak jęczy blacha.

Wrócił do volvo i usiadł obok mnie.

W środku było zimniej niż na dworze. Siedział pół metra ode mnie i nie oddychał. Ja oddychałam za nas dwoje.

Szyba po mojej stronie znowu zaparowała. Po jego nie.

Płaszcz pachniał nim tym mocniej, im cieplej mi było. Jakbym to ja grzała go od środka.

Czekaliśmy, aż przestanę dzwonić zębami. Dziesięć minut.

— Zęby mi dzwonią przez narzeczonego — powiedziałam do szyby. — Nie przez żubra. Żeby pan nie myślał.

— Wiem. Na drodze się pani nie bała.

— A czego się boję?

On nie kłamie, przypomniałam sobie. Więc albo powie, albo nie powie nic.

— Że nikt po panią nie przyjedzie.

Wbiłam palce w kołnierz jego płaszcza. A jednak ktoś przyjechał.

— Często pan tak jeździ za pielęgniarkami?

— Za jedną.

Powiedział to tak zwyczajnie, że zrobiło mi się gorąco drugi raz tego ranka.

— Na SOR. Na tomograf — powiedział.

— I co tam powiem? Jak wyszłam z rowu?

Milczał. To też była odpowiedź.

— Tomograf zrobię wieczorem, jak przyjdę na dyżur. Teraz chcę do domu.

Kiwnął głową.

— Dziś pani nie prowadzi.

— Wiem. A pan nie powinien przebiegać stu metrów w dwie sekundy.

Nie odpowiedział. Kącik ust mu drgnął.

— Odwiozę panią. Do furtki. Dalej nie.

Pod furtką pani Niny nie zgasił silnika.

— Pierwsza doba po urazie głowy jest najgorsza — powiedział. — Do zmroku niech pani Nina zagląda co dwie godziny. Od zmroku ktoś powinien słuchać pani serca. Jak zwolni, usłyszę pierwszy. Mogę z drogi. Zobaczy pani moje światła.

— Może pan. Ale z drogi. Żebym widziała.

* * *

Pani Nina przez całą tę rozmowę stała przy furtce w kufajce i sypała kurom. Kiedy volvo zawracało, przeżegnała się. Po prawosławnemu, od prawego ramienia.

— Boi się go pani? — zapytałam.

— Bożeńku, a czego? Za Wasyla się żegnam. Zawsze, jak go widzę.

Czterdzieści lat była salową w naszym szpitalu. O wszystkich wie wszystko.

W kuchni pachniało brzozowym dymem i babką ziemniaczaną. Postawiła przede mną herbatę z sokiem z malin.

Opowiedziałam jej o żubrze i o rowie. O drzwiach nie.

— A płaszcz czyj?

— Pożyczony.

Pani Nina popatrzyła na płaszcz. Potem na mnie. I nic nie powiedziała.

Pani Nina nic nie mówi tylko wtedy, kiedy jej się coś bardzo podoba.

Do sąsiada zadzwoniła po swojemu, krótko. Yarisa miał przyprowadzić i postawić za domem, przy drewutni. Bo na drodze żubry ocierają się o lusterka.

Usiadła naprzeciwko.

— Mój Wasyl miał czterdzieści lat, jak go w siedemdziesiątym ósmym przywieźli z tartaku z zawałem. Leczył go doktor Sołowiej. Ten sam. Z tą samą blizną.

— To pewnie jego ojciec.

— Ojciec, akurat. U Sołowiejów zawsze jest jeden Mikołaj. Lekarz. Z blizną. Sołowiej po naszemu to słowik. Śpiewa tylko w nocy.

Zdjęcie wyjęła zza ikony przewiązanej haftowanym ręcznikiem.

Wasyl w piżamie w paski. Obok wysoki lekarz z blizną na brodzie. Na odwrocie długopisem: „1978, interna”.

Nie postarzał się ani o dzień.

— Ja tam w upiory nie wierzę — powiedziała i schowała zdjęcie z powrotem za ikonę. — Ale czosnek mam.

* * *

O 9:15, pod kołdrą, miałam jedenaście nieodebranych. Szymon.

„Kropelko coś z kartą!! Sala chce zaliczkę do poniedziałku!! Oddzwoń”

Sala, która w lipcu była opłacona.

Nie oddzwoniłam. Napisałam:

„Karta zastrzeżona. Ktoś nią płacił 17 października w pensjonacie w Kazimierzu. Ty byłeś wtedy w Lublinie, więc to złodziej. Zgłosiłam na policję. Jutro sprawdzają monitoring w pensjonacie. Buziak”

Odpisał, zanim zdążyłam odłożyć telefon. Trzy SMS-y w minutę. Szymon pisze szybciej, niż szyje.

„NIE ZGŁASZAJ”

„Kropelko to pomyłka”

„Byłem tam z chłopakami z konferencji na kolacji!!”

Kolacja za tysiąc sto osiemdziesiąt. Ze śniadaniem.

Odpisałam: „To super, że tam byłeś. Policja się ucieszy, że ma świadka. Buziak”.

Zemsta kosztowała mnie dwa SMS-y. I dwa buziaki.

Potem przyszła głosówka od Kingi.

— Olcia, kochanie… — Głos miała zaspany i słodki jak syrop dla dzieci. — Szymek mi pisał, że coś z kartą. Biedak, cały roztrzęsiony. Sala nie poczeka, ogarnij to dziś, dobrze? Kocham cię, siostra.

W ostatniej sekundzie, już nie do mnie, parsknęła:

— Kropelka. Boże.

I tuż przy telefonie, cicho, męski głos:

— Ćśś.

Tak samo uciszał mnie w kinie.

Szymek jej pisał. Do mnie dzwonił jedenaście razy. Do niej nie musiał.

Odpisałam tak samo słodko:

„Ogarnięte, kochana! Kartę zastrzegłam, ktoś nią płacił w pensjonacie w Kazimierzu. Policja jutro ogląda tam monitoring. Dobrze, że mają kamerę na recepcji 🤍”

Pod wiadomością pojawiło się „pisze…”.

Znikło. Pojawiło się. Znikło.

Od liceum Kinga zawsze wiedziała, co napisać. Tym razem nie przyszło nic.

Płaszcza mu nie oddałam. Zapomniałam, tak sobie powiedziałam. Zasnęłam z nosem w kołnierzu.

* * *

Obudziłam się o wpół do piątej. Za oknem było prawie ciemno. Na szafce stały trzy zimne herbaty.

Szalik został w aucie. Chciałam go spalić w kuchni pani Niny. Zanim zmięknę.

Wyszłam za dom w kapciach i w jego płaszczu. Świeciłam sobie telefonem.

Na drodze za płotem stały kwadratowe światła. Żółtawe.

Słuchał. Tak, jak się umówiliśmy.

Yaris stał przy drewutni, cały w błocie z rowu. Drzwi kierowcy były wygięte na zewnątrz. Jakby ktoś je wyrwał, a potem grzecznie wcisnął z powrotem.

Przy krawędzi, w blasze, zostały odciski palców. Pięć. Długich.

Przyłożyłam swoją dłoń. Moje palce zginęły w jego odciskach jak w za dużej rękawiczce.

Telefon zawibrował. Nieznany numer.

„Proszę nikomu nie pokazywać drzwi. M.”

Zanim zdążyłam odpisać, przyszedł drugi SMS. Oddziałowa Zalewska.

„Pani Krawczyk, proszę dziś przyjść pół godziny wcześniej. Z banku krwi znowu zginął worek. Czwarty raz w październiku. Zawsze na pani nocach.”

Zawsze na moich nocach.

A na każdej mojej nocy od października dyżur miał on.

Podniosłam głowę. Światła na drodze ani drgnęły.

Rozdziały

Rozdziały 1–4 za darmo. Kolejne: 20 monet za rozdział.