Rozdział 1
Ola
— Pani narzeczony nie był w nocy na dyżurze. Spał u kobiety, która pachnie konwaliami — powiedział doktor Sołowiej.
Konwaliami pachnie Kinga. Moja najlepsza przyjaciółka i świadkowa.
Pierwszy flakon kupiłam jej ja. Na osiemnastkę.
Szalik miałam na szyi. Dwadzieścia godzin temu owinął mi go Szymon, mój narzeczony, przy aucie. Prosto z nocnego dyżuru.
— Żebyś mi nie zmarzła w tej puszczy, Kropelko — powiedział wtedy. I pocałował mnie w czoło.
Zerwałam szalik z szyi. Jakby się palił.
Szyja piekła mnie dalej. Tam, gdzie leżał.
— Pan jest zmęczony, panie doktorze. Trzecia w nocy, wszystkim się coś wydaje.
— Nie bywam zmęczony.
— Pan wącha szaliki pielęgniarek? Na to jest jednostka chorobowa.
— Nie wącham. Czuję.
Stał w drzwiach dyżurki interny. Wysoki, szczupły, blady jak ktoś, kto od lat nie widział słońca.
Nie ruszał się. Wcale. Ludzie się ruszają, nawet jak stoją.
Oddechy liczę wszystkim, to zawodowe. Od października liczyłam i jemu.
Zawsze wychodziło mi zero. Zwalałam to na nockę.
Od wieczora nosiłam ten szalik w dyżurce jak nastolatka. W powiatowym w Hajnówce kaloryfery po północy stygną, w dyżurce jest szesnaście stopni. Do pacjentów go zdejmowałam.
Basi machałam nim przed nosem.
Że Szymon prosto z dyżuru. Że owinął. Że w czoło.
— Szymon był na dyżurze. Jest chirurgiem. Na chirurgii wszystko pachnie wszystkim. Kawą, spirytusem, środkiem do podłóg.
— Na chirurgii nie śpi kot.
Zatkało mnie. Na sekundę.
— Jaki kot? Pan tego szalika nawet nie dotknął. Jak pan… Z korytarza?
— Wieczorem przeszedłem obok pani i Basi. Wziąłem jeden wdech.
Przez chwilę nic.
— Potem przez godzinę stałem przy otwartym oknie.
Nie wiedziałam, czy to komplement, czy diagnoza.
— To co jeszcze pan czuje, panie doktorze?
— Że pan Zdanowski spod czwórki ma cukier powyżej trzystu. I sernik pod poduszką. Nu, proszę zmierzyć.
* * *
Pan Zdanowski spał z otwartymi ustami i chrapał jak ciągnik pod górę. Ukłułam go w palec. Nawet się nie obudził.
Glukometr pisnął. Trzysta czterdzieści.
Siedem lat w zawodzie, a stałam nad glukometrem jak nad testem ciążowym.
Pod poduszką, w pudełku po lodach, leżały cztery kawałki sernika.
— Siostrzyczko. — Pan Zdanowski otworzył jedno oko. — To nie sernik. To dowód miłości. Żona piekła.
Dowód miłości miał trzysta czterdzieści.
Z korytarza doleciał spokojny głos:
— Krew mu słodnie, czuć przez dwoje drzwi. Insulina według schematu, pani Olu, a sernik proszę zabrać, zanim żona dowiezie resztę blachy.
Podałam insulinę. Dowód miłości poszedł do dyżurki. Do depozytu.
Pan Zdanowski westchnął, jakbym mu wywoziła żonę.
Doktor Sołowiej czekał w dyżurce przy blacie. Z moim kubkiem w ręce, tym z żubrem. Pełnym, gorącym.
— Tamtą kawę wylała pani o pierwszej. W brudowniku.
Wylałam. Nikt nie widział.
— Dwie łyżeczki cukru. Jak w tamtej. I proszę coś zjeść, od wieczora nic pani nie jadła.
— Pan też nic nie je. Nawet pączka od Basi pan nie wziął.
— Ja nie muszę.
Wzięłam kubek, zanim zdążył cofnąć rękę. Rękawiczek nie miał. Duże ręce, długie palce.
Przy pacjentach zawsze wkłada niebieskie, bo się skarżyli, że ręce ma jak z lodówki.
Pacjenci mieli rację.
Kubek parzył, jego palce chłodziły. Trzymałam jedno i drugie dłużej, niż trzeba.
Stał tak blisko, że widziałam jego rzęsy. Dłuższe niż moje. Niesprawiedliwe.
Ciemne włosy, za długie jak na lekarza. Szare oczy. Na brodzie biała blizna, prosta jak od linijki.
Ładny. Tego mu nie odbiorę. Basia mówi, że kawaler, mieszka z siostrą i wujostwem w leśniczówce, a pół oddziału już próbowało.
Nie pachniał kawą ani dyżurem. Pachniał jak pranie wniesione z mrozu.
Złapałam się na tym, że wciągam ten zapach głębiej. Pierścionek zrobił mi się nagle ciasny.
— Czemu mi pan to mówi?
— Bo rano przeleje pani wszystko na wesele. Słyszałem, jak pani mówiła Basi. Potem byłoby za późno.
— Podsłuchuje pan?
— Nie muszę. Słyszę.
— I czekał pan z tym do trzeciej?
— Do trzeciej myślałem, czy mam prawo.
— I co?
Nie odpowiedział od razu.
— Od października słucham, jak pani mówi do pacjentów o trzeciej w nocy. Do każdego jak do kogoś. — Popatrzył na szalik w mojej ręce. — Ktoś powinien tak mówić do pani.
Wszystko na jednym oddechu. Nowego nie nabrał.
Do mnie się mówi „Kropelko”, bo oddaję krew. Ewentualnie „siostro”.
Gardło mi się ścisnęło. Na wszelki wypadek się rozzłościłam. Ale on już wyszedł.
Zapaliłam lampkę nad biurkiem. Rozłożyłam szalik pod światłem jak kartę pacjenta.
Na granatowej wełnie zobaczyłam białą sierść. Krótką. Kocią.
Szymon ma uczulenie na koty. Do Kingi nie chodzi, bo Kinga ma Bąbla. Biały, puchaty, śpi jej na poduszce.
Przyłożyłam szalik do nosa.
Mięta, czyli guma Szymona. Nasza dyżurka. A na samym dnie lawenda.
Kinga pierze wszystko z lawendą. Mówi, że to na sen.
Chirurg po nocnym dyżurze wychodzi najwcześniej koło ósmej, po odprawie. Szymon o siódmej stał już pod naszym blokiem na Żoliborzu.
Myślałam: zwolnił się dla mnie.
Zwolnił się. Z cudzego łóżka.
Kinga to siostra, której nie miałam. Krew zaczęłam oddawać przez nią. Miałyśmy po osiemnaście lat, ona leżała po wypadku.
Kinga robi wesela zawodowo. Moje robi w prezencie.
O osiemnastej napisałam do niej: „Weszło za wrzesień!!! Rano przelewam na wesele”. Odpisała w minutę. Trzema serduszkami.
Zawsze pyta. Pilnuje, żeby DJ i kwiaciarka dostali na czas.
Weszłam na jej profil. Relacja sprzed godziny: Bąbel śpi na poduszce. „Mój ulubiony facet 🤍”.
W rogu kadru, na drugiej poduszce, leżał zegarek. Srebrny, na brązowym pasku. Dałam go Szymonowi na zaręczyny.
Kinga fotografowała kota. Zegarka nie zauważyła.
Polubiłam. Jak zawsze. Niech śpi spokojnie.
Złożyłam szalik w kostkę. Róg do rogu. Żeby ręce miały co robić.
* * *
Ręce przy pacjencie mam zawsze pewne. Trzęsą mi się dopiero potem.
Właśnie było potem.
Pyralgina dla pani spod siódemki. Trzydzieści dziewięć stopni w środku nocy, klasyka.
Ampułkę złamałam gołymi palcami, bez gazika. Jak na pierwszym roku.
Pękła krzywo, w lewej dłoni. Krew pociekła po serdecznym palcu. Prosto do pierścionka.
Oddziałowa kazała zdejmować pierścionek do pracy. Nie zdejmowałam. Pierwszy pierścionek w życiu.
Doktor Sołowiej stanął w drzwiach zabiegowego i przestał oddychać. To akurat nic nowego. Ale tym razem widziałam jego oczy.
Szare. Grafitowe. Czarne.
Źrenice rozlały mu się na całe tęczówki.
Widziałam w pracy różne źrenice. Po atropinie, po urazach głowy, po zgonie. Takich nie.
Patrzył nie na mnie. Na mój palec. Tak, jak pan Zdanowski patrzy na sernik.
Cofnął się na korytarz. Plecami do ściany. Ręce schował za siebie.
Słyszałam, jak strzeliły mu kostki.
Przez sekundę bałam się go. Przez następną bałam się o niego.
— Proszę to zakleić. Już.
Odkręciłam wodę.
Na korytarzu, tyłem do mnie, wciągnął powietrze. Raz, krótko. Jak przed skokiem do zimnej wody.
— I pod oczkiem pierścionka — powiedział do ściany. — Tam też jest. Proszę go zdjąć.
Zdjęłam. Pod oczkiem była krew. Tyłem, z korytarza, tego nie widać.
— I proszę usiąść. Pierścionek w pani palcach dzwoni o umywalkę.
Dzwonił. Ręce mi skakały.
Przysiadłam na taborecie, z gazikiem zaciśniętym na palcu. Za ścianą on stał bez oddechu. Czekaliśmy oboje, aż krew przestanie lecieć.
Skąd wie, nie zapytałam. Na jedną noc prawdy miałam aż nadto.
Plaster. Pierścionek wytarłam i schowałam do kieszeni bluzy.
Na palec nie wrócił. Do kosza też nie. Szymon nie mógł się jeszcze dowiedzieć, że wiem.
Drugą ampułkę złamałam już przez gazik. Pani spod siódemki dostała swoje kwadrans po trzeciej.
* * *
Kubek z żubrem stał na blacie. Kawa zdążyła wystygnąć. Wypiłam ją duszkiem, jak lekarstwo.
Ktoś mi coś przyniósł, zamiast ode mnie wziąć. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio.
Do Kingi nie zadzwoniłam. Rozpłakałaby się w trzy sekundy. Płacze na zawołanie od liceum, tak zdała ustny z polskiego.
O 3:20 zadzwoniłam do Szymona.
Doktor Sołowiej minął mnie przyklejony do ściany. Jakbym to ja była groźna. Odszedł na sam koniec korytarza.
— Kropelko? — szeptał. — Jestem na bloku. Mam pięć minut między wyrostkami.
Druga noc z rzędu. Mówił, że bierze wszystkie dyżury, jakie dają. Na wesele.
To on mnie namówił na ten kontrakt. „Jedź, Kropelko. Trzy miesiące nocek i mamy na wesele. Ja wezmę dodatkowe dyżury”.
No i brał.
Żuł gumę. Słyszałam przez telefon.
Na bloku operacyjnym. W masce.
W tle nic nie pikało. Na bloku zawsze coś pika.
Kichnął. Dwa razy.
— Na zdrowie. Na bloku macie kota?
— Co? Klimatyzacja. Wieje jak na peronie. Mówię ci, Kropelko, trzeci wyrostek dziś, a z SOR-u jeszcze jedzie uwięźnięta przepuklina, a ta klimatyzacja…
Mówił szybko. Za szybko.
Szymon zawsze dużo mówi, kiedy kłamie. Tylko że ja brałam to za radość.
Między zdaniami łapał powietrze. Policzyłam. Dwadzieścia osiem oddechów na minutę.
Tak oddycha pacjent, który przysięga, że nic go nie boli.
— Ładnie pachnie twój szalik — powiedziałam. — Lawendą.
— Mama prała. Wiesz, jaka ona jest.
Wiedziałam.
Jego mama od trzydziestu czterech lat pierze w proszku dla alergików. Bezzapachowym. Pokazywała mi go jak relikwię.
— Rano przelewam wszystko — powiedziałam. — Jak zawsze.
— Jesteś złota, Kropelko. Kocham. Lecę, pacjent czeka.
— Ja ciebie też.
Kocham. Bez „cię”.
Od czerwca mówi bez „cię”. Myślałam, że z pośpiechu.
Okłamałam Szymona. Dwa razy w jednej minucie. Wcześniej ani razu.
Ręce przestały mi się trząść. Lepsze niż melisa.
Rozłączył się pierwszy. Jak zawsze.
Doktor Sołowiej stał na końcu korytarza, przy oknie. Tyłem do mnie. Trzydzieści metrów.
— Nie był sam — powiedział. Nie podniósł głosu, a usłyszałam każde słowo.
Grzecznie. Tak grzecznie, że gdybym była Szymonem, nie przyjeżdżałabym w tym tygodniu do Hajnówki.
— Skąd pan…
— Leżała obok niego. Szeptała mu do drugiego ucha.
— Co szeptała?
Odwrócił się.
— Zapytała, czy pani już przelała pieniądze.
Rozdziały
Rozdziały 1–4 za darmo. Kolejne: 20 monet za rozdział.
