Rozdział 4
Zuza
Zdjęłam obrączkę. Położyłam ją na parapecie, obok martwego telefonu.
— Prześpij się ze mną. Do niedzieli.
Powiedziałam to Konradowi. Mężowi mojej najlepszej przyjaciółki.
Ja. Ta, za którą mąż w knajpie zamawia nawet pizzę.
Pięć lat nie zdejmowałam tej obrączki. Nawet do lepienia pierogów na Wigilię.
Konrad nic nie powiedział.
Za oknem Jasiek, wnuk pani Bronki, szarpnął linkę piły. Raz, drugi. Nie zapaliła.
A Konrad nic.
Zaczęłam w głowie układać, jak się z tego wycofam. Zemdleję. Albo wyskoczę przez balkon. W skarpetach pani Bronki, prosto w błoto.
— Warunki? — zapytał w końcu Konrad.
Oczywiście. Kaja nie czyta umów. Konrad czyta każdą. Nawet taką.
— Trzy — powiedziałam. Wymyślałam je na bieżąco. — Raz: tylko do niedzieli. W niedzielę wsiadamy do auta i koniec.
Kiwnął głową.
— Dwa: między nami zero kłamstw. Ani jednego. Mam kłamstw dość na całe życie.
— Dalej.
— Trzy: w niedzielę obrączki wracają na palce. I nigdy, przenigdy o tym nie rozmawiamy.
— Nawet ze sobą?
— Zwłaszcza ze sobą.
— Robisz to z zemsty? — zapytał Konrad.
Zastanowiłam się. Uczciwie, bo przecież warunek numer dwa.
— Też. W niedzielę Kaja mnie przytuli i powie „kochana”. Michał zrobi mi placki. A ja się do nich uśmiechnę. I będę wiedziała coś, czego oni nie wiedzą. Teraz to oni będą tymi głupimi.
Konrad czekał.
— A poza tym podobasz mi się — dodałam. — Od wczoraj. Od tej furtki.
— Wiem. Patrzyłaś na mnie całą noc.
Zrobiło mi się gorąco od szyi po czoło. Czyli przy tej cegle też wiedział, że nie śpię.
— Ty też nie spałeś.
— Nie spałem. Przez ciebie. — Jego wzrok zjechał na moje usta i tam został. — I jeden warunek ode mnie.
— No?
— Jak powiesz „stop”, to stop.
— Nie powiem.
Wstałam pierwsza. Obeszłam stolik i zahaczyłam biodrem o blat. Oscypek spadł z deski na podłogę. Nikt na niego nie spojrzał.
Stanęłam przy Konradzie. Chłop jak szafa, a siedział sztywno z rękami na kolanach. Jak uczeń u dyrektora.
— Oni od Wielkanocy — powiedział. — My do niedzieli.
Wstał i mnie pocałował.
* * *
Nie w powietrze. Nie na odczepnego, jak Michał.
Mocno. Z ręką w moich włosach, żebym mu nie zwiała przez ten balkon.
Miał szorstki zarost. Pachniał spalinami z piły. I wcale mnie nie mdliło.
Oddałam mu ten pocałunek tak, że stuknęliśmy się zębami.
Ugięły się pode mną kolana. Naprawdę. A mama zawsze mówiła, że kolana miękną tylko po wódce.
Złapałam go za koszulkę, żeby nie upaść. A potem, żeby ją z niego ściągnąć.
Koszulka zaczepiła mu się o nos. O ten garb. Zaplątał się w nią i zaklął. Parsknęłam mu śmiechem w pierś.
— Śmiej się, śmiej — mruknął.
Przestałam się śmiać, jak na niego spojrzałam. Klata jak z kalendarza strażaków. Trociny przyklejone do spoconej skóry. Na piersi siwe włoski, jak na skroniach. Przełknęłam ślinę tak głośno, że usłyszał.
I zdjął mi sweter jednym ruchem.
Ręce miał gorące. Czułam je na plecach, na biodrach, pod stanikiem. Wszędzie naraz. Jakby się bał, że zaraz mu ucieknę.
Nie zamierzałam uciekać.
— Chcę cię — powiedziałam.
Nigdy nikomu tego nie powiedziałam na głos. Nawet Michałowi. Michała nigdy nie obchodziło, czy chcę.
Moje dżinsy poleciały na podłogę. Jego też. Skarpety pani Bronki zostały na mnie. Nie było czasu ich zdejmować.
Chciałam go całego. Teraz. I miałam w nosie, co sobie o mnie pomyśli.
Pociągnęłam go na łóżko.
Łóżko skrzypnęło tak, że chyba słyszeli to w Zakopanem.
Zamarliśmy oboje. Jakby pani Bronka miała zaraz wejść bez pukania. Jak zawsze.
Na dole coś brzęknęło. A potem pani Bronka puściła radio na baterie. Na cały regulator. Disco polo.
Konrad wcisnął twarz w moją szyję i trząsł się ze śmiechu. Ja też.
Za oknem Jasiek wreszcie odpalił piłę.
Łóżko skrzypiało. Piła wyła. Radio darło się o miłości i zielonych oczach.
Jego usta na mojej szyi. Na obojczyku. Niżej. Jego oddech coraz szybszy. Dłonie szorstkie od piły, a takie ostrożne, że traciłam rozum. I trzęsły mu się. Robot z kawiarni, a trzęsły mu się ręce.
Michał zawsze gasił światło. Konrad patrzył na mnie z bliska i nie mrugał. To było najgorętsze ze wszystkiego.
Jego obrączka była zimna. Czułam ją na udzie, na brzuchu, na żebrach.
Moja leżała na parapecie. Jego została na palcu. W tamtej chwili miałam to gdzieś. Później już nie.
Konrad szepnął mi coś do ucha. Po góralsku. Nie zrozumiałam ani słowa. Mógłby mi czytać rozkład busów do Zakopanego. Działałoby tak samo.
Przez sekundę zobaczyłam Kaję z obrączką Michała na kciuku. „Pani Malicka!”
Wbiłam Konradowi paznokcie w plecy.
Wzięła mi męża. Wzięła mi nazwisko. Nawet „Słońce” mi wzięła. Imienia jej nie dam.
— Powiedz moje imię — szepnęłam.
— Zuza.
— Jeszcze raz.
— Zuza.
Nie „Słońce”. Nie „kochanie”. Zuza.
Za oknem piła Jaśka ucichła.
Łóżko nie.
* * *
Potem leżałam na jego piersi i nie mogłam złapać tchu.
Radio na dole jeszcze grało. Konrad leżał z zamkniętymi oczami. Oddychał jak po tym smreku przy mostku.
— Pani Bronka wszystko słyszała — jęknęłam.
— Pani Bronka puściła nam disco polo. — Nie otworzył oczu. — U górali to jak błogosławieństwo.
Szyja piekła mnie tuż nad obojczykiem. Dotknęłam. Bolało jak siniak.
— Zrobiłeś mi malinkę?! — Usiadłam. — Mam trzydzieści jeden lat!
— Zejdzie w środę. Najwcześniej.
W środę. Nie w niedzielę.
Zrobił to specjalnie. Żeby coś po nim zostało dłużej niż do niedzieli.
I zamiast się wściec, opadłam na poduszkę i uśmiechnęłam się jak idiotka.
A Michał? Michał malinki nie zauważy. Na żywo na mnie nie patrzy. A na zdjęciach szuka tylko swojej bluzy.
— Gorzej, że w poniedziałek mam w poradni zebranie z rodzicami.
— Golf. Pani Bronka na pewno ma.
Policzyłam godziny do niedzieli. Wyszło niecałe trzydzieści. Odjęłam sen. Odjęłam drogę do Krakowa. Wyszło za mało.
Przeliczyłam jeszcze raz. Wciąż za mało.
Kretynka. Pierwsza godzina układu, a ty już liczysz jak dziecko pod koniec wakacji.
Owinęłam się pierzyną i podeszłam do okna. Po drodze potrąciłam szafę. Drzwi odskoczyły. W lustrze na drzwiach mignęła baba w pierzynie.
Nie chciało mi się zamykać szafy.
Michał stał na tarasie willi. W szlafroku z moim „M”, w klapkach, z gołymi łydkami. Trzymał telefon wysoko nad głową i machał nim w stronę gór.
Szukał zasięgu.
Chciał mi wysłać meldunek. Swojemu Słońcu. Z tarasu kochanki.
Stałam w oknie z malinką od męża Kai. I patrzyłam, jak mój mąż odprawia z telefonem taniec deszczu.
Parsknęłam w pięść.
Mój telefon leżał martwy na parapecie. Szukaj, Słońce. Szukaj.
— Wracaj — powiedział Konrad z łóżka. — Zobaczy cię.
Wróciłam pod pierzynę. Konrad złapał mnie za stopę w skarpecie i trzymał, żeby ją grzać.
Michał kazał mi grzać mu połowę łóżka. Z gorącej balii.
Po chwili Konrad puścił.
— Zuza. — Usiadł. — Zero kłamstw, tak?
— Tak.
— To muszę ci coś powiedzieć. O sierpniu. W kawiarni nie powiedziałem ci wszystkiego.
Podniosłam się na łokciu. Serce znowu mi przyspieszyło. Tym razem ze strachu.
Przez głowę przeleciało mi sto rzeczy naraz. Że ma kogoś. Że to wszystko było ustawione. Że jestem tylko jego zemstą na Kai.
— Mów.
— W sierpniu, jak już wiedziałem, przyjechałem tutaj. Stałem pod tym płotem całą noc. — Popatrzył w okno, na willę. — Z telefonem w ręce. Miałem już wybrany twój numer.
— Mój? Nie Kai?
— Twój. Ale najpierw musiałem coś załatwić. U notariusza. Coś, przez co…
Na dole zahuczała lodówka. Gdzieś zapiszczał czajnik. Pani Bronka wrzasnęła: „Jezus Maria, jest!”.
Lampka przy łóżku mrugnęła. I już nie zgasła.
Wrócił prąd.
Konrad urwał. Mój telefon na ładowarce ożył. I oszalał.
* * *
Brzęczał o parapet jak opętany. Raz, drugi, dziesiąty. Moja obrączka podskakiwała obok niego.
Sięgnęłam po telefon przez Konrada. Ekran się rozjaśnił.
Zasięg był. Siedemnaście powiadomień.
Mama: „Córcia, w telewizji mówią, że w Zakopanem halny straszny! Dobrze, że ty w Krakowie 😘”
Mama dostałaby zawału, gdyby wiedziała, gdzie jest teraz jej córcia. I z kim. Tym razem naprawdę.
Bank: reklama kredytu. Jakaś promocja na pizzę.
Kaja: „Konrad do Ciebie nie dzwonił? 🙈 Ratujesz mi życie, kochana ❤️ Buziaki z term 💦”
Z term. Z balii za płotem.
Konrad czytał mi przez ramię. Szczęka mu drgnęła.
A na samej górze:
Michał: „Meldunek, Słońce ☕❤️ Pokaż mi swoje rano 📷”
Wysłał o 10:47. Czyli jednak złapał na tym tarasie jedną kreskę.
Spojrzałam na godzinę. 11:00.
Trzynaście minut temu. Zostały mi dwie.
Michał liczy kwadrans od wysłania. Nie obchodzi go, że nie miałam zasięgu.
— Dwie minuty! Jak nie odpiszę, dzwoni do mamy, a mama do Kai. A ja jestem tu. Z tobą. Goła.
— Napisz, że padła ci bateria — powiedział Konrad.
— Wtedy zadzwoni. — Pokręciłam głową. — A jak usłyszę jego głos, to albo się rozryczę, albo go zwyzywam. Po dwóch słowach by wiedział.
— To wyślij mu zdjęcie.
— Jakie?! Stare odpada, on każde pamięta. Każde powiększa!
Musiało być nowe. Teraz. Z tego łóżka.
Rozejrzałam się. Za mną biała ściana. Biała pierzyna. Biała poduszka. Tak wygląda każda sypialnia w Polsce.
Naciągnęłam pierzynę pod samą brodę. Żeby nie było widać, że nie mam na sobie bluzy Michała.
Że nie mam na sobie niczego.
Zrobiłam zaspaną minę. Tę samą co zawsze. Jedno oko przymknięte, usta w dzióbek.
Pstryk.
Na zdjęciu, z boku, wystawało męskie ramię.
— Odsuń się! — syknęłam.
Konrad przesunął się na sam brzeg. Łóżko oczywiście skrzypnęło.
Pstryk.
Nad moją głową wyszła Matka Boska Ludźmierska w złotej ramce. U nas nad łóżkiem wisi zdjęcie z Chorwacji.
— Kurwa, kurwa, kurwa.
Przy Matce Boskiej. Pięknie.
Została mi minuta.
Telefon niżej. Pierzyna pod brodę, przyciśnięta łokciem. Zaspana mina. Dzióbek.
Pstryk.
Sprawdziłam. Twarz. Pierzyna. Biała ściana. Żadnego ramienia. Żadnej Matki Boskiej. W rogu kawałek otwartej szafy. Szafa jak szafa.
„Zaspałam 😴”
Wysłano 11:01.
Zdążyłam.
Odetchnęłam tak, że aż mi się zakręciło w głowie. Konrad przybił mi piątkę. Cicho, żeby łóżko nie skrzypnęło.
— Dobrze kłamiesz.
— Mieszkam z mistrzem. I przyjaźnię się z mistrzynią.
— A warunek numer dwa? — zapytał Konrad. — Zero kłamstw?
— Jest między nami. Michała nie obejmuje.
— Aha.
— Nie „aha”. Tak jest w umowie. — Dźgnęłam go palcem w żebra. — A ty mi dalej wisisz sierpień.
— Spłacę.
Wyświetlono.
pisze…
pisze… zniknęło.
Wyjrzałam zza firanki.
Michał wciąż stał na tarasie. Nie pisał. Trzymał telefon pod samym nosem. Tak robi zawsze, kiedy powiększa zdjęcie.
Szukał swojej bluzy. Bluzy nie było. Więc szukał po kątach.
Kaja wyszła za nim i coś do niego powiedziała. Machnął na nią ręką. Nawet się nie odwrócił.
pisze… pojawiło się znowu.
Zniknęło.
Brzuch mi się skręcił. Tak jak przed maturą.
— Co tak długo? — szepnęłam. — Zawsze odpisuje serduszkiem. Zawsze. W sekundę.
Konrad milczał. Przestał się uśmiechać.
Nie patrzył na mnie. Patrzył gdzieś za mnie. Na otwartą szafę.
Zaklął pod nosem. Po góralsku. Tym razem nie musiałam znać gwary.
Telefon zawibrował.
Przyszło zdjęcie. Moje. To, które wysłałam o 11:01.
Tylko powiększone dwoma palcami. Zbliżenie na prawy górny róg.
Na drzwi szafy. Na lustro w tych drzwiach.
A w lustrze było widać kaflowy piec. Przy piecu stały różowe kapcie z pomponami.
A obok nich wielkie, ubłocone męskie buty. Buty Konrada.
Michał narysował na nich czerwone kółko. Krzywe, grube, jakby przyciskał palec z całej siły.
Pod spodem przyszła wiadomość.
„Ładne buty, Słońce. Gdzie ty jesteś?”
Ciąg dalszy po odblokowaniu
Masz już konto? Zaloguj sięRozdziały
Rozdziały 1–4 za darmo. Kolejne: 20 monet za rozdział.
