Sekretne Historie
Okładka książki Do niedzieli

Do niedzieli

Rozdział 3

Zuza

Klapnęłam na to jedno łóżko i się rozryczałam. Konrad, mąż Kai, nie zdążył nawet zamknąć drzwi.

Brzydko. Na głos. Z gilami i czkawką. Aż pani Bronka na dole ściszyła radio.

— Czym ona jest lepsza ode mnie?! — wyłam. — No czym? Że ruda? Że się drze na całą knajpę? Że przeklina przy mojej teściowej, a mojemu mężowi to się podoba?! Dupę ma większą niż ja!

Konrad zamknął drzwi. Postawił krzesło przy piecu i usiadł. Rzucił mi rolkę papieru toaletowego. Całą rolkę.

— Niczym — powiedział.

— Co niczym?!

— Niczym nie jest lepsza. Jest tylko bezczelniejsza.

Wydmuchałam nos tak głośno, że zrobiło mi się wstyd.

Przesunęłam się. Łóżko skrzypnęło tak, że aż podskoczyłam.

Szafa stała tuż przy łóżku. Od tego skrzypnięcia jej drzwi same się uchyliły. Chyba nie miały zamka.

Od środka na drzwiach było lustro. W lustrze siedziała czerwona, zapuchnięta baba w różowych kapciach.

To byłam ja.

Zamknęłam szafę kopniakiem.

— Kaja co roku na moich imieninach wstawała z kieliszkiem — powiedziałam. — I mówiła przy wszystkich: „Jak ci się kiedyś znudzi, oddaj go mnie”. Wszyscy się śmiali. A ja jej jeszcze wino dolewałam!

— Kaja nie żartuje — powiedział Konrad. — Kaja zapowiada.

— Skąd pan wie?

Długo milczał. Patrzył w piec, nie na mnie.

— Kiedyś byłem z Moniką. Monika pracowała z Kają. Mieliśmy się zaręczyć. Kaja odbiła mnie w miesiąc. Potem powiedziała Monice, że to był zakład z dziewczynami. Zakład wygrała. Skoro już mnie miała, to za mnie wyszła.

Zatkało mnie. Kaja zawsze opowiadała, że poznali się na weselu kuzyna. Miłość od pierwszego tańca.

— Kaja chce tego, co mają inni — powiedział Konrad. — Ja byłem Moniki. Michał był pani.

— Czyli pan zrobił Monice to samo, co Michał mnie.

— Tak.

Tym razem spojrzał mi prosto w oczy.

— To pan jest taki sam jak on! — Rzuciłam w niego rolką papieru. Odbiła mu się od ramienia.

— Byłem. Dlatego wiem, jak ona to robi.

Klepnął oparcie krzesła.

— Ja śpię tu.

— Na krześle? Całą noc?

— Spałem w gorszych miejscach. W szoferce, w zaspie pod Suwałkami.

* * *

Drzwi otworzyły się bez pukania. Weszła pani Bronka, gaździna. Musiała słyszeć moje wycie przez podłogę.

Rzuciła mi na kolana grube skarpety z owczej wełny. Konradowi rzuciła pod nogi naręcze polan. Na piecu postawiła szklankę herbaty.

Potem szybko coś do niego zagadała po góralsku. Odpowiedział jej tak samo. Rozumiałam co trzecie słowo. „Ino”. „Rum”. „Baba”. Baba to chyba byłam ja.

— Herbata z prądem — powiedziała do mnie pani Bronka. — Bo innego prądu dziś ni mo.

I wyszła.

— Kapcie — powiedział Konrad.

Zdjęłam mokre kapcie. Postawił je przy piecu, żeby wyschły. Obok postawił swoje buty. Też były mokre, bo wybiegł za mną w to błoto.

Dorzucił do pieca. Sięgnęłam po szklankę. Herbata pachniała rumem na kilometr.

— A pan?

— Nie piję.

— No tak. — Prawie się uśmiechnęłam. — Przez siedem lat tylko tyle o panu wiedziałam.

Wypiłam duszkiem. Rum poszedł mi prosto w nogi. Zakopałam się w pierzynę po same uszy.

Konrad zdmuchnął świeczkę. Świecił już tylko piec, przez szparę w drzwiczkach.

— Panie Konradzie?

— Hm.

— A ty płakałeś? Jak się dowiedziałeś?

Dopiero po chwili usłyszałam, co powiedziałam. „Ty”. Wyrwało mi się. Nie cofnęłam tego.

Krzesło skrzypnęło.

— Śpij, Zuza.

Zuza. Nie „pani”. Zuza.

Na pytanie nie odpowiedział. Tak samo jak w kawiarni, kiedy pytałam o obrączkę.

* * *

Nie spałam. Ale nie przez tatę. I nie przez Michała.

Przez Konrada.

Leżałam na boku i patrzyłam na niego. Piec oświetlał mu profil. Ten garb na nosie. Te bary. Krzesło wyglądało przy nim jak z przedszkola.

Jego kurtka wisiała na oparciu. Pachniała ropą, jak każdy tir na Zakopiance. Całe życie mnie od tego mdliło.

A teraz wąchałam to jak perfumy.

Wąchasz męża przyjaciółki, Zuza. Brawo.

Michał leży za płotem z Kają. A ty gapisz się na Konrada jak nastolatka na koloniach.

Chciałam, żeby wstał z tego krzesła i położył się obok. Żeby mnie objął. A potem, żeby nie skończyło się na obejmowaniu.

Nakryłam głowę pierzyną. Wariatka. Po minucie zaczęłam się dusić. Wystawiłam nos.

Prawa ręka Konrada leżała na jego kolanie. Zaciśnięta w pięść tak mocno, że obrączka wbijała mu się w palec.

On też nie spał.

Myślał o Kai. Albo o mnie. Nie wiedziałam, co gorsze.

W nocy dwa razy wstał, żeby dołożyć do pieca. Za drugim razem zdjął z kafli gorącą cegłę. Owinął ją w gazetę i wsunął mi pod pierzynę, pod same stopy. Jak babcia. Myślał, że śpię.

Ręka została mu na mojej stopie. Pięć sekund. Dziesięć. Nie ruszyłam się. Bałam się, że ją zabierze.

Zabrał.

Michał przez pięć lat nie zauważył, że mam zimne stopy. Szyby skrobał, bo widzieli sąsiedzi. Stóp nikt nie widzi.

* * *

Obudziło mnie wycie piły spalinowej. Gdzieś od drogi.

Halny ucichł nad ranem. Podeszłam do okna w samych skarpetach.

W oknie willi za płotem stała Kaja. W koszulce Michała. Tej szarej, z logo jego firmy. Sama mu ją prałam w środę.

Kaja przeciągała się i ziewała. A potem spojrzała prosto na pensjonat. Prosto w moje okno.

Padłam na podłogę.

Dosłownie. Plackiem, na deski, aż mi zadzwoniło w kolanach. Leżałam tak i liczyłam do dwudziestu.

Potem wyjrzałam zza parapetu. Okno willi było puste. Kaja nic nie zauważyła. Albo zauważyła i ma mnie w dupie. Od Wielkanocy ma.

Pstryknęłam lampką przy łóżku. Nic. Prądu dalej nie było.

Na telefonie: 7:32. Trzy procent baterii. Zero kresek. Maszty w dolinie padły w nocy.

7:32.

Meldunek.

Michał za płotem też nie ma zasięgu. Meldunku nie wyśle. Jeszcze.

Podłączyłam telefon do gniazdka przy oknie. Wiedziałam, że to bez sensu. Po minucie ekran zgasł.

Jak tylko wróci zasięg, będę miała kwadrans. Jak nie zdążę, Michał zadzwoni do mamy. A mama obdzwoni wszystkich. Ciotki, sąsiadkę, moją szefową. I Kaję, bo „Kaja zawsze wie, gdzie jesteś”.

A potem zacznie się szukanie Zuzy. A Zuza wcale nie siedzi w domu w Krakowie. Siedzi w Kościelisku, zapisana w zeszycie jako Wierzbicka.

I wtedy to ja będę się tłumaczyć. Nie oni.

* * *

Zeszłam do kuchni w skarpetach. Pani Bronka stała przy oknie z kubkiem.

— Niech pani patrzy — powiedziała.

Popatrzyłam.

Przy mostku leżał ten przewrócony smrek. Gruby jak beczka. Konrad ciął go piłą spalinową. W samej koszulce. Był listopad, może pięć stopni. A on w koszulce, spocony, z trocinami we włosach.

— A z willi nie widać Konrada? — zapytałam szybko.

— Zakręt jest — powiedziała pani Bronka i siorbnęła kawy. — Tamci widzą ino las.

Pień trzasnął i puścił. Konrad odstawił piłę. Złapał odcięty kawał pnia gołymi rękami i sam zepchnął go do rowu.

Trzech ceprów z Łodzi by tego nie ruszyło. Zaschło mi w ustach.

— Ładnego chłopa pani mo — powiedziała pani Bronka.

Nie sprostowałam.

Przez sekundę chciałam, żeby to była prawda.

Stałyśmy i gapiłyśmy się obie. Jak dwie baby z parafii na nowego wikarego.

W zegarze nad kredensem wyskoczyła kukułka. Kuknęła i zacięła się z otwartym dziobem.

Pani Bronka wepchnęła ją palcem z powrotem.

— Halny ją przewiał. Ona tyz całą noc nie spała. — Zerknęła na mnie. — Jak niektórzy.

Zrobiłam się czerwona po same uszy.

Pani Bronka pokazała brodą willę za płotem.

— Tamci z willi są do niedzieli. A państwo? Tyz do niedzieli?

Nie odpowiedziałam. Patrzyłam na Konrada przy mostku.

Pani Bronka pokiwała głową, jakby usłyszała odpowiedź.

Konrad wrócił spocony. W progu zzuł buty, ubłocone po kostki. Przeciskał się do pieca i otarł się o mnie ramieniem. Był gorący jak ten piec. Odwróciłam wzrok jak przyłapana na ściąganiu.

— Pani Wierzbicka — zawołała do mnie pani Bronka. — Niech no mężowi te buty na górę zaniesie, pod piec. Bo mi tu całą kuchnię zabłocą. Śniadanie wom tam zaniosę. Zaraz tu ceprzy z Łodzi zlecą.

Pani Wierzbicka.

Zaniosłam buty Konrada na górę. Postawiłam je przy piecu, obok moich kapci. Jak w normalnym małżeństwie.

Tyle że prawdziwa pani Wierzbicka paradowała za płotem w koszulce mojego męża.

* * *

Pani Bronka przyniosła nam śniadanie na drewnianej desce. Chleb, masło, oscypek, kiełbasa.

Konrad usiadł naprzeciwko mnie przy małym stoliku pod oknem. Kolana prawie nam się stykały.

Kroił chleb. A ja nie mogłam oderwać oczu od jego rąk. Duże, czerwone od zimna. Myślałam, co by nimi ze mną zrobił.

Zuza, opanuj się. Jest dziewiąta rano.

Było tak cicho, że słyszałam, jak przełykam.

— Droga będzie wolna koło dwunastej — powiedział w końcu Konrad. — Resztę potnie Jasiek, wnuk pani Bronki. Prąd i zasięg pewnie też wrócą. Możemy wracać.

Ale nie wstał. Kroił dalej, choć chleba było już za dużo.

Wracać. Do placków. Do „Słońca”.

Lampka przy łóżku mrugnęła. I zgasła. Prąd był blisko. A z nim meldunek.

Już miałam kiwnąć głową. Zawsze kiwałam. Michał zamawiał mi w knajpach. Kaja wybierała mi sukienki. A ja kiwałam głową i mówiłam „dobrze”.

— Wczoraj powiedziałeś, że jak tam wejdę, to oni wygrają.

Konrad podniósł wzrok.

— To ja nie chcę, żeby wygrali — powiedziałam. — Nie chcę wracać jako ta głupia, co o niczym nie wie. Nie chcę ryczeć w pierzynę, kiedy oni piją szampana za moje pieniądze.

Walnęłam pięścią w stolik, aż oscypek podskoczył.

— „Ona we wszystko wierzy”. „Słodka jest”. Tak o mnie gadają. Słodka Zuzka we wszystko uwierzy. Nawet w kawalerski w Jastarni. W listopadzie. Mam dość słodkiej Zuzki. Słyszysz? Dość.

Konrad przestał kroić.

I wtedy mi się wymsknęło. Głosem pani Bronki.

— Ładnego chłopa pani mo — powiedziałam, z jej przeciągniętym „mo”. — A do niedzieli… to może i jo go mom.

Właśnie zaproponowałam mężowi Kai romans do niedzieli. Głosem siedemdziesięcioletniej góralki.

Zaśmiałam się. Sama.

Głupi żart. Mogłam się z niego wycofać w każdej chwili.

Konrad się nie śmiał. Odłożył nóż.

Patrzył na mnie tak, że przestałam się śmiać.

Na dole kukułka kuknęła i znowu się zacięła.

— Powtórz to. Tylko tym razem swoim głosem.

Rozdziały

Rozdziały 1–4 za darmo. Kolejne: 20 monet za rozdział.