Sekretne Historie
Okładka książki Do niedzieli

Do niedzieli

Rozdział 2

Zuza

Oba nasze telefony zapiszczały naraz. Konrad aż szarpnął kierownicą.

Jechałam z nim szpiegować Kaję, jego żonę. Moją najlepszą przyjaciółkę. I kochankę mojego męża.

Przez sekundę byłam pewna, że ten pisk to SMS od mojego męża. Że już wie, dokąd jadę.

ALERT RCB: Silny wiatr halny. Porywy do 140 km/h. Nie przebywaj w pobliżu drzew.

— Super — powiedziałam. — Jedziemy podglądać mojego męża w huraganie.

— W halnym — poprawił mnie Konrad.

— A co za różnica?!

— Huragany są w Ameryce. Halny jest nasz.

Jechaliśmy do Kościeliska szarą skodą z jego firmy. Ściskałam telefon tak, że bolały mnie palce.

Plan był prosty. Zobaczyć ich. Zrobić zdjęcia. I przed północą wrócić do Krakowa. Bo w sobotę o siódmej rano meldunek.

Rano Michał, mój mąż, przysłał mi zdjęcie autostrady: „Ruszamy! Jastarnio, trzymaj się 🍻”. Autostrada mogła być każda.

Całą drogę targowałam się z Panem Bogiem. Jak ich tam nie będzie, to już nigdy nie skłamię mamie. Rzucę słodycze. Pójdę do spowiedzi. Pierwszy raz od bierzmowania.

Konrad zarezerwował nam pokój w pensjonacie w Kościelisku. Tuż za płotem stała willa „Zawiatr”. Tam Michał i Kaja mieli spędzić weekend.

Pokój miał balkon prosto na taras willi. Wzięliśmy go tylko dla tego balkonu.

Na próg wyszła pani Bronka, gaździna z tego pensjonatu. Konrad nie zdążył nawet zgasić silnika.

Pani Bronka miała siedemdziesiąt parę lat. Chustka na głowie, kamizelka z owczej skóry. Patrzyła tak, jakby wiedziała, że coś kręcimy.

— To wyście dzwonili o pokój z balkonem? — Obejrzała mnie od czapki po buty. — Państwo małżeństwo?

— Tak — powiedział Konrad. — Wierzbiccy.

Zakrztusiłam się własną śliną. Pani Bronka waliła mnie w plecy, aż mi oczy wyszły na wierzch.

— Downo po ślubie? Bo stoicie jak obcy.

— Siedem lat — powiedział Konrad.

To akurat była prawda. Tyle że z Kają. Nie ze mną.

Pani Bronka wpisała nas do zeszytu w kratkę. Wielkimi literami: WIERZBICCY, 2 OS.

Czyli byłam zapisana pod nazwiskiem Kai. Przyjechałam podglądać Kaję. A sama byłam tu Kają.

— A wóz gdzie postawić, gaździno? — zapytał Konrad. — Coby mi go halny nie przewrócił.

— A za stodołom! — Pani Bronka aż się rozpromieniła. — Pan stąd, nie?

— Z Nowego Targu.

— No to swój chłop!

Gapiłam się na Konrada. Zimny pan od chłodni. Przez siedem lat nie powiedział do mnie trzech zdań pod rząd. A tu nagle gadał gwarą. „Coby”.

— U mnie się chodzi w kapciach — zarządziła pani Bronka. Wcisnęła mi w ręce różowe kapcie z pomponami.

Nie dyskutowałam. Z panią Bronką się nie dyskutuje.

* * *

Pokój na piętrze ledwo zauważyłam. Poleciałam prosto na balkon.

Wiało tak, że musiałam trzymać się barierki.

Willa „Zawiatr” stała czterdzieści metrów dalej. Od naszej strony była ciemna. Widziałam taras, balię przykrytą plandeką i girlandę żarówek pod dachem. Zgaszoną.

Nikogo.

Przed willą nie stało żadne auto. Brama garażu była zamknięta.

— Może nie przyjadą — powiedziałam. — Alert był. Może się wystraszyli.

Konrad zerknął w telefon. Miał tam GPS auta Kai. Od razu schował telefon do kieszeni.

— Zaliczka bezzwrotna — powiedział tylko.

Nie wiedziałam, czy to znaczy „przyjadą”, czy „już są”.

Jeszcze pięć minut, obiecałam sobie. Jak w pięć minut nikt się nie pokaże, to znaczy, że Pan Bóg przyjął układ.

Po trzech minutach na tarasie zapaliła się girlanda.

Pierwszy wyszedł Michał. W granatowym szlafroku z „M” na kieszeni.

Ten szlafrok dałam mu pod choinkę. To „M” wyszywałam po nocach przez tydzień.

Za nim wybiegła Kaja. Boso, w jego narciarskiej czapce na rudych włosach. Piszczała, że zimno, i się śmiała.

Czyli byli tu od początku. Auto Kai stało w garażu.

Konrad widział je na GPS-ie. Wiedział, że są w środku. Nic mi nie powiedział. Pozwolił mi się targować z Panem Bogiem.

Drań.

Michał ściągnął plandekę z balii. Buchnęła para. Kaja wyniosła szampana i dwa kieliszki.

Zaczęły mi szczękać zęby. Nie z zimna. Złapałam barierkę obiema rękami.

— Kurwa — szepnęłam.

Oni mnie nie słyszeli. Za to ja słyszałam ich doskonale. Rżeli jak na weselu.

Siedzieli już oboje w balii. Kaja wzięła Michała za rękę. Powoli, dla jaj, zsunęła mu obrączkę z palca.

Włożyła ją sobie na kciuk. Podniosła rękę pod girlandę i pomachała. Obrączka błysnęła.

Wiatr przyniósł mi jej pisk:

— Pani Malicka! Bardzo mi miło!

Malicka. Moje nazwisko.

Michał ryknął śmiechem i ochlapał ją wodą.

Tę obrączkę włożyłam Michałowi w kościele. Kaja stała obok jako moja świadkowa.

Na oczepinach Kaja wepchnęła się między panny i złapała mój welon. Ona, mężatka od dwóch lat. Już wtedy brała to, co moje.

Suka.

W tej sekundzie nienawidziłam jej tak, że nie mogłam złapać powietrza.

Konrad obok mnie oddychał głośno przez nos. Jakby liczył do dziesięciu i nie mógł doliczyć.

* * *

I wtedy halny walnął. Zatrzęsła się cała barierka.

Girlanda zgasła. Zgasło wszystko naraz: willa, latarnia przy drodze, kuchnia pani Bronki pod nami. Prąd padł w całej dolinie.

Z balii doleciał chlupot i śmiech Kai. Po ciemku też im było wesoło.

Napisałam do Michała. Palce trafiały w co drugą literę.

„Jak kawalerski? 😘”

Wysłałam.

W ciemności zapaliło się jedno światełko. To był ekran telefonu Michała. Telefon leżał na balustradzie tarasu, obok szampana.

Zrobiłam zbliżenie aparatem. Obraz skakał razem z moimi rękami. Pstryknęłam ze dwadzieścia zdjęć. Na wszystkich wyszła czarna plama z jednym światełkiem.

Nie miałam żadnego dowodu.

Michał nawet nie odstawił kieliszka. To Kaja sięgnęła po jego telefon. Odblokowała go bez patrzenia.

Znała jego PIN. Ja, jego żona, nie znałam.

Ekran oświetlił im twarze. Michał oparł brodę na ramieniu Kai i dyktował jej do ucha. Kaja pisała i piszczała ze śmiechu.

Pisali do mnie we dwoje. Z balii.

Mój telefon zawibrował.

„Masakra, domek jak z PRL-u, zimno jak w psiarni 🥶 Grzej mi połowę łóżka, Słońce ❤️”

Zimno jak w psiarni. A Michał siedział po szyję w gorącej wodzie. Z szampanem i z Kają na kolanach.

„Grzej mi połowę łóżka, Słońce”. Napisała mi to Kaja. Kciukiem z obrączką mojego męża.

Światełko na balustradzie zgasło.

Po kilku minutach w oknie willi zapaliła się świeca.

Na ścianie było widać dwa cienie.

Potem jeden.

Nie musiałam niczego zgadywać.

— Pieprzą się — powiedziałam na głos. — Przy świeczce. Romantycznie, kurwa.

Konrad nic nie powiedział. Barierka trzeszczała mu pod rękami.

Zbiegłam po schodach w różowych kapciach. Pani Bronka krzyczała coś za mną z kuchni.

Wyleciałam na podwórko. Wiatr prawie mnie przewrócił. Kapcie w sekundę nasiąkły błotem.

Miałam plan. Wejdę tam. Wywalę drzwi. Wyciągnę Kaję z łóżka za te rude kudły. A potem przebiję opony w jej aucie. Wszystkie cztery. Kluczykiem od corolli, bo innego nie miałam.

Konrad dopadł mnie przy furtce i złapał wpół. Kapcie jechały mi po błocie. Szłam w miejscu.

— Puszczaj pan! Pan wiedział, że oni tam są! I pozwolił mi się pan modlić! Od sierpnia pan stoi i się gapi, to niech pan dalej stoi!

Waliłam go pięścią w pierś. Jakbym waliła w drzwi od chłodni. Ani mrugnął.

W oknie willi świeca przesunęła się pod samą szybę. Usłyszeli?

Konrad wciągnął mnie za róg stodoły. Staliśmy pod ścianą jak dwa kołki. Czekaliśmy, aż świeca wróci w głąb pokoju. Wróciła.

— Jak pani tam teraz wejdzie, oni wygrają — szepnął Konrad.

— Oni już wygrali! — syknęłam.

— Jeszcze nie. Pani będzie histeryczką. A oni biednymi zakochanymi, którym ktoś zepsuł weekend.

Chciałam mu przywalić jeszcze raz. Ręka opadła mi w połowie drogi.

Bo widziałam to jak na dłoni. Kaja z mokrymi oczami: „Zuza, to się samo stało”. Michał: „Słońce, uspokój się, robisz scenę”. A wszyscy znajomi: biedna Kaja, biedny Michał, a ta Zuza to wariatka.

Dopiero wtedy poczułam, jak blisko stoję. Byłam wciśnięta w Konrada, w jego mokrą kurtkę. Jego ręka leżała na moim brzuchu. Serce waliło mu prawie tak samo jak mnie. Czyli jednak miał serce.

Żadne z nas się nie ruszyło. Sekunda. Dwie.

Puścił mnie pierwszy. Szybko. Jakby to on się sparzył.

A mnie zrobiło się gorąco. W halnym, w mokrych kapciach.

Zuza, co ty wyprawiasz?

— To co mam zrobić? — Pociągnęłam nosem. — Stać i patrzeć?

— Na razie wejść do środka. — Spojrzał w dół. — Ma pani mokre kapcie.

* * *

Od strony drogi zamigotała latarka. Biegł do nas Jasiek, wnuk pani Bronki. Szesnastolatek w kurtce z kapturem. Pani Bronka wyszła na próg z drugą latarką.

— Babciu! Smrek jebnął przy mostku!

— Jasiek! — huknęła pani Bronka.

— No… świerk się przewrócił! W poprzek drogi! A innej drogi stąd nie ma! Nikt dziś nie wyjedzie, chyba że TOPR-em!

Konrad zaklął pod nosem. Po góralsku. Nawet nie wiedziałam, że tak się da.

Nikt nie wyjedzie. Czyli przed północą nie wrócę do Krakowa.

A o siódmej rano meldunek. Kwadrans na selfie w bluzie Michała. Inaczej Michał dzwoni do mamy.

A bluza wisiała w Krakowie na krześle.

Pani Bronka wzruszyła ramionami. Jakby smreki przewracały się tu co wieczór.

— No to śpicie u mnie.

— To poproszę jeszcze jeden pokój — powiedział szybko Konrad.

— Jeszcze jeden? — Pani Bronka zmrużyła oczy. — Pokłóciliście się?

— Chrapię — powiedział Konrad.

— Mój nieboszczyk tyz chrapoł. Czterdzieści roków wytrzymałam. — Machnęła ręką. — Zresztą wolny mom ino ten wasz. Resztę zajęli ceprzy z Łodzi. Przyjechali halnego oglądać.

Ceprzy z Łodzi. Na halny.

Parsknęłam. I nie mogłam przestać. Rechotałam w mokrych kapciach. A pani Bronka patrzyła na Konrada, jakby pytała, czy żona często tak ma.

Weszliśmy na górę. Pani Bronka postawiła na szafce świeczkę w słoiku.

Dopiero teraz zobaczyłam ten pokój naprawdę. Piec kaflowy. Szafa. I łóżko.

Jedno. Wąskie. Z dwiema poduszkami ściśniętymi obok siebie.

— Jedno łóżko — powiedziała pani Bronka. — Ale państwo małżeństwo, to się pomieszczą.

I wyszła.

Patrzyłam na to łóżko.

A Konrad patrzył na mnie.

Rozdziały

Rozdziały 1–4 za darmo. Kolejne: 20 monet za rozdział.